Podróże małe i duże

Karolina Klewaniec, autorka bloga Cukromania.pl i autorka książki „Cukrzyca typu 1. Rodzinny poradnik cukrzycowy”.

Nadchodzi tzw. czerwcówka, czyli kolejny długi weekend. Właśnie wtedy zaczynamy planować podróże – te bliższe i dalsze. Pamiętasz uczucie beztroskiego planowania? Ten moment, kiedy spontanicznie postanowiliście zwiedzić kolejny zamek, nowe miasto albo wykupić wczasy last minute i wypocząć? Ja też nie pamiętam.

Od wielu lat nasze życie jest w miarę możliwości zaplanowane. Przygotowania do każdej dłuższej wyprawy zaczynają się od stworzenia listy, sięgnięcia zawsze po ten sam plecak dla dziecka i wypowiedzenia zaklęcia: Franek, pakuj glukometr, glukozę, glukagon i butelkę z wodą!
Magiczne zaklęcie o dziwo działa, bo dziecko w tym wieku wie, że bez glukometru i glukozy, jak bez ręki. Ot, tak po prostu – jedni zabierają telefon i zakładają zegarek, a my organizujemy inne rzeczy. I nieważne czy to jest wyjście na trening, wypad do miasta, wyprawa na kawę do babci czy niespodziewane wyjście na pocztę lub do sklepu. Dziecko jak żółw zabiera swój pancerz i go nosi!
Dalsze wyprawy to już opracowywanie strategii – im dalej, tym bardziej się przygotowujemy. Mam spisaną listę, a na niej: zapasowe wkłucie, sensor, insulina, zbiornik, bateria do pompy, więcej glukozy, lancety na zmianę, ładowarka do glukometru, dodatkowe paski, gazik, itd! A, i jeszcze pen, bo bez pena z insuliną gdzieś dalej, to ani rusz. Cukrzycowy sprzęt (oprotezowanie jak to dźwięcznie nazywa nasz diabetolog), potrafi zrobić psikusa. Zawsze, jeśli mamy przez dłuższy czas wysoko, a korekta nie działa, podaję insulinę penem.
A najdalsze wyprawy? Takie, wiecie, długie jak 2-tygodniowy urlop, dalekie jak gdzieś hen daleko… O tym, to już się nawet boję pisać! Wtedy staramy się spełnić wymóg szybkiego wyjścia (ukochany plecaczek), dalszej wyprawy (tylko wszystkiego bierzemy więcej… często dużo za dużo). No i bonus: zapasowa recepta na krótko i długo działającą insulinę albo od razu pakuję te leki. Zabieramy książeczkę zdrowia, orzeczenie o niepełnosprawności i zaświadczenie od lekarza (przydatne na lotniskach i w przypadku opornych medyków).
A, no i freak totalny. Sprawdzam, gdzie najbliżej naszego miejsca pobytu jest szpital, diabetolog i źródło bezglutenowego jedzenia. U nas zwykle musi być i zapas chleba bezglutenowego i tona żarcia, które sprawia, że nasze dziecko (a przy okazji pies) po drodze nie marudzi tylko przeżuwa.
I jeszcze… Mogę zapomnieć swoich butów, mąż gaci, możemy wracać się do domu, żeby sprawdzić, czy gaz jest zakręcony, drzwi zakluczone, ale nigdy, przenigdy przez tych 7 lat nie zdarzyło nam się zapomnieć o ekwipunku cukrzycowym. Już prędzej zapomnielibyśmy zabrać ze sobą dziecko. 😉
Dziwne? Nie. Dla mnie normalne. Jeśli ktoś uważa, że Napoleon Bonaparte był doskonałym strategiem to może powinien poznać nas – rodziców cukrzycowych. Ludzi do zadań specjalnych, naszych polskich marines.
À propos marines… W czerwcu czeka mnie i Franka wyjazd nad nasz polski Bałtyk i zanim znalazłam pokój dla siebie i dziecka, sprawdzałam jak wyżej, co znajduje się w okolicy. Przez te dwa tygodnie będę samotnym rodzicem z całym naszym osprzętem i dzieckiem, któremu wszędzie będzie pachniał gluten. Czy się boję? Nie! Wartość wyniesiona z podróżowania i przełamywania moich osobistych strachów, radość dziecka i uczenie go świata nie tylko bliższego, ale i dalszego są dla mnie najważniejsze.

Autor: Karolina Klewaniec

Tags

You may also like...

0 thoughts on “Podróże małe i duże”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *