W biegu

Wyobraź sobie, że biegniesz 26 godzin bez przerwy. Nie śpisz. Biegniesz. Startujesz, gdy inni budzą się do pracy. Biegniesz, gdy ktoś inny je śniadanie. Biegniesz, gdy pije kawę. Ktoś siedzi 8 godzin w pracy… a może został po godzinach. Ciężki dzień? Ty nadal biegniesz. Ktoś wraca zmęczony do domu. Ty biegniesz. Je obiad, mierzy cukier. Ty wciąż biegniesz. Bawi się z dziećmi. Biegniesz. W porze kolacji Ty jesteś w połowie trasy. Biegniesz dalej. Ktoś odpala Netflixa i włącza serial. Ty nadal biegniesz. Ktoś bierze prysznic, myje zęby… Ty nadal biegniesz. Ktoś śpi w swoim wygodnym łóżku… może budzi się w nocy, ale później znów zasypia… Ty nadal biegniesz… Komuś dzwoni budzik… Czas wstać znów do pracy… Ty nadal biegniesz… i wciąż masz jeszcze jakieś dwie godziny do mety…Czy dasz radę? Zdrowy człowiek, by nie dał – odpowiesz… a co dopiero cukrzyk…

Poznaj Mariusza Cebulę, diabetyka od ponad 30 lat. Uprawiał sporty walki, wspina się, biega maratony, teraz bierze udział w ekstremalnych biegach górskich. 26 godzin w biegu? Tak. Jemu się udało i nie zamierza na tym poprzestać.

Od czego zaczęły się Pana ekstremalne, bądź co bądź, zainteresowania?

Mariusz Cebula: Od sztuk walki: karate, aikido, jiu-jitsu. potem zainteresowałem się wspinaczką i speleologią, czyli chodzeniem po jaskiniach, teraz są to biegi górskie. Góry były zawsze w moim życiu.

„5000 nad poziomem cukru”, to program, w ramach którego diabetycy wspólnie chodzą po górach, wspinają się. Gdzie Pan dotarł najwyżej?

M.C.: Program trwał 3 lata. Najpierw chodziliśmy po Gorcach, potem pojechaliśmy w Alpy, gdzie doszliśmy przez przełęcz na wysokości 3090 m n.p.m. Potem pojechaliśmy do Iranu na Damavand – to był mój najwyższy szczyt – 5610 m n.p.m.

Jak organizm diabetyka reaguje na duże wysokości?

M.C.: W tym czasie przygotowywałem się do maratonu i intensywnie biegałem, dzięki czemu nabrałem kondycji, rozszerzyłem sobie pojemność płuc. Z Damavandu zbiegłem do schroniska, które znajduje się na wysokości 4200 m – to było fantastyczne przeżycie. To, co zaobserwowaliśmy podczas wejścia, to fakt, że w górach im wyżej jesteśmy, tym wyższy jest poziom cukru. Trzeba się częściej kontrolować. Poza tym klasyczne objawy na takiej wysokości, czyli niższa wydolność organizmu, człowiek szybciej się męczy. Podczas podejścia pod szczyt zauważyliśmy, że nie chce się jeść. Szczyt zdobywa się powoli, trzeba najpierw się zaaklimatyzować, wejść z 4000 m na 4500 m i zejść. Drugiego dnia powtórzyć to, potem zejść na dół, żeby organizm się przystosował.

Co było najtrudniejsze na tej wyprawie?

M.C.: W tym czasie w Turcji był przewrót. Wylądowaliśmy w Kijowie, gdzie odwołali nam lot do Iranu. Część grupy pojechała inną trasą, my czekaliśmy w Kijowie, przez co mieliśmy jeden dzień mniej na aklimatyzację.

To dużo?

M.C.: Tak. Aklimatyzacja trwa 3-4 dni, my mieliśmy dwa. Faktycznie niektórym zabrakło tego jednego dnia. Wszyscy weszli na szczyt, ale zmęczenie było większe. Gdybyśmy mieli jeden dzień zapasu, pewnie niektórzy lepiej by się czuli

W Tatrach

Co się je na takiej wyprawie?

M.C.: Jedzenie przygotowywali nam przewodnicy np. chleb smażony z dżemem lub serkiem, herbata, trochę cukru. Nie było to może ani obfite, ani różnorodne pożywienie, ale byliśmy na wysokości ok. 4000 m, gdzie można albo wejść na własnych nogach, albo dojechać na mułach, więc transport jedzenia jest utrudniony.

Kiedy zdiagnozowano u Pana cukrzycę?

M.C.: Miałem 14 lat. Chudłem, źle się czułem, poszedłem na badania krwi i zaraz po badaniach wróciłem do szkoły. Pamiętam, że mama przyszła po mnie na lekcje i powiedziała, że jest źle i musimy jechać do szpitala. Na początku nie docierało do mnie, nie wiedziałem, co to cukrzyca. To był rok 87, nie było wtedy glukometrów, insulinę brałem dwa razy dziennie – dawka była ustalona przez lekarza. Na badania cukru jeździło się raz w miesiącu do przychodni.

Co z Pana punktu widzenia, było największym przełomem w leczeniu cukrzycy?

M.C.: Kilka lat później pojawił się glukometr, to była duża zmiana, chociaż człowiek nie był przyzwyczajony do tego, by mierzyć krew 4 razy dziennie. Dużym przełomem były też peny – ułatwiło to podawanie insuliny. Nie trzeba było się chować i kryć robiąc zastrzyk… chociaż ja nigdy nie miałem takiego oporu. Nie przeszkadzało mi podawanie insuliny w przedziale pociągu. Teraz dużo mówimy o cukrzycy, ale wtedy ludzie widząc strzykawkę i igłę brali mnie za narkomana. Tylko z tym to się kojarzyło.
Teraz możemy korzystać z pomp insulinowych z ciągłym monitoringiem
glukozy. To bardzo ułatwia życie w szczególności przy uprawianiu sportów.

Jakie wtedy było podejście lekarzy do uprawiania sportu przez osobę z cukrzycą?

M.C.: Jak mnie zdiagnozowano grałem w piłkę, uprawiałem sztuki walki. Gdy kilka lat później zacząłem się wspinać, lekarze odmawiali mi uprawiania tego sportu. Nie dostałem zaświadczenia od diabetologa, które było potrzebne, żeby zrobić wysokogórski kurs wspinaczkowy. Powiedzieli mi, że nie mogę. Podejście do sportu było takie, żeby się nie przemęczać, nie biegać za dużo, lepiej siedzieć.

Posłuchał się Pan?

M.C.: Oczywiście że nie! Nie należę do osób, które łatwo się poddają. Jeśli coś lubię, to staram się to robić. Na początku faktycznie było lekkie załamanie, że pozostanie mi tylko gra w szachy, siedzenie, stagnacja, ale szybko zebrałem się w sobie i zacząłem eksperymentować i sprawdzać na co stać mój organizm. Nigdy nie miałem poważnego zasłabnięcia, nigdy nie straciłem przytomności z powodu braku glukozy. Wszystko da się opanować, tylko trzeba robić to z głową.

Jak przez tyle lat i przy tak intensywnym trybie życie udało się Panu uniknąć hipoglikemii?

M.C.: Teraz to już jest inna bajka. Kiedyś niestety wszystko opierało się na tym, że jeśli chciałem pograć w piłkę, musiałem coś zjeść. Zawsze startowaliśmy na wysokim cukrze. Teraz już wiemy, że po przekroczeniu pewnego progu, cukier zaczyna rosnąć podczas wysiłku fizycznego. Wtedy nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Jeszcze 15 lat temu, gdy wspinałem się w Tatrach obniżałem dawki insuliny o 3-4 jednostki. Wspinałem się na wysokim cukrze, żeby nie dopuścić do sytuacji, że braknie mi energii czy tego cukru podczas wspinaczki. Jestem przecież też odpowiedzialny za partnera, który jest na dole lub idzie do góry. On dba o mnie, ja o niego. Tak samo przy biegach górskich, jeśli biegnę (niestety nie mam CGMa) biegam na wysokich cukrach. Podczas biegu próbuje je korygować, ale to jest trudne ponieważ, normalnie, jeśli chciałbym obniżyć cukier 250 do 150 to muszę sobie podać 5 jednostek insuliny – tak jest u mnie, ale jak się biega, cukier bardzo szybko spada i wystarczy, że dam 2 jednostki. Poza tym badanie cukru podczas biegu jest niewygodne i czasochłonne, a tu walczymy o czas, o minuty.

Czy na skutek cukrzycy ma pan jakieś powikłania?

M.C.: Choruję od ponad 30 lat i na tę chwilę nie mam żadnych powikłań. Może to kwestia genetyki i silnego organizmu… trudno powiedzieć, bo znam osoby, które też chorowały tak długo jak ja i niestety się z nimi pożegnaliśmy. To były osoby mniej aktywne… może tu leży klucz? Żeby być aktywnym, żeby wymagać od siebie więcej, a nie żyć tylko po to, żeby cukier był dobry.

Jakie ma Pan plany sportowe na najbliższą przyszłość?

M.C.: Mam w planach pojechać z partnerem w Tatry i się powspinać, dlatego teraz chodzę na ściankę wspinaczkową przynajmniej raz w tygodniu. Jak zrobi się ciepło, będziemy wyjeżdżać na weekend w skały, zakładać stanowiska itd., żeby sobie przypomnieć. To jest jeden plan. Drugi plan: przygotowuje się do biegu Ultra Trial Małopolska. Tym razem chcę pokonać dystans 170 km. Biegłem już na 130 km.

Ile czasu biegnie się 130 km?

M.C.: 130 km przy przewyższeniu 7000 m (to ważne, bo inaczej biega się po nizinie, a inaczej po zróżnicowanym terenie) zrobiłem w 26 godzin. Może udałoby mi się urwać jeszcze tę jedną godzinę, ale zdecydowałem się dobiec bezpiecznie i na sam koniec biegłem powoli.

Jak się biegnie przez 26 godzin?

M.C.: Biegi górskie są podzielone na etapy. Co 20-30 km jest punkt żywieniowy, a po 50-60 km punkt żywieniowy z przepakiem, gdzie można zmienić koszulkę na suchą, odpocząć itd. W punktach żywieniowych są słodycze, ciastka, czasami ciepły posiłek. Można napełnić sobie wodą bukłak czy bidon. Organizator zawsze mówi, że trzeba mieć przy sobie baton, który ma co najmniej 400 kcal i to dotyczy osób zdrowych – każdy musi mieć taki zapas. Ja, żeby się nie odwodnić, piję podczas biegu co 5 km bez względu na to, czy mi się chce pić, czy nie. Jeśli organizm mówi, że chce mu się pić to znaczy, że już się odwadnia, czyli jest za późno. Trzeba temu zapobiegać. Co 2 godziny próbuję coś zjeść: baton, glukozę. Na przepaku zawsze staram się badać cukier. Czasem spędzam tam 25 min czasem 10 – zależy, jaki mam zapas czasu. Kluczowe jest ukończenie biegu w określonym czasie. Jak np. biegłem granią Tatr (72 km, 5000 m przewyższenia) to w każdym z punktów pomiarowych sprawdzano dotychczasowy czas zawodnika. Jeśli zawodnik nie zmieścił się w czasie, oddawał numer, zdawał chipa i schodził z trasy.

Jak człowiek sobie radzi ze zmęczeniem?

M.C.: Nie śpi się, cały czas się biegnie. Nie wiem, ile czasu mi zajmie bieg na trasie 170 km, ale przypuszczam, że ok. 5 godzin dłużej niż te 130 km, które biegłem, czyli ponad 30 godzin.

Bez snu?

M.C.: Nie widziałem na takich dystansach, żeby ktoś spał, to jest jeszcze zbyt krótka trasa. Są biegi długie np. Bieg Beskid Ultra Trial Challenge – 300 km i 14 tys. m przewyższenia – to bardzo dużo. Tam nie ma punktów żywieniowych, trzeba mieć jedzenie ze sobą, biegniemy przeważnie czerwonym szlakiem. Trasa jest tak skonstruowana, żeby można było dobiec np. do schroniska, kupić jedzenie, zjeść lub dobiec do miasta i tam się zaopatrzyć. Z 45 osób startujących w tamtym roku, dobiegło tylko 5 (w tym jedna kobieta). Mówimy oczywiście o zdrowych osobach. Mi zabrakło jednego punktu ITRA (Punkty ITRA lub UTMB są przyznawane za
trudność biegu w skali od 1 do 6. Suma punktów pozwala na udział w
trudniejszych biegach), by na ten bieg się dostać. W tym roku organizator stwierdził, że zbyt wiele odpadło. Był też przypadek utraty świadomości, na szczęście wszystko skończyło się dobrze, ale teraz jest warunek, że uczestnicy podczas tego biegu muszą się przespać, odpocząć dwa razy po godzinie.

Jak się człowiek czuje po takim biegu?

M.C.: Zmęczenie jest bardzo duże. Leczymy rany po obtarciach. Rano po takim biegu z bólem schodziłem po schodach. Regeneracja trwa ok. miesiąca. Po 2 tygodniach, gdy wydawało mi się, że wszystko wróciło do normy próbowałem biegać, ale wychodziło to znacznie gorzej, wolniej, mięśnie szybciej się męczyły.

Czy żona nie martwi się o Pana?

Szlak Orlich Gniazd – 172 km

M.C.: Mówię żonie o każdym pomyśle, Gdy powiedziałem biegu Beskid Ultra Trial Chellange popukała się w głowę i stwierdziła, że jestem nienormalny, ale ufa mi i wie, że jeśli naprawdę byłoby źle, to zrezygnuję. Moja żona stara się zawsze być zemną podczas startów. Gdy chodziliśmy rodzinnie po Tatrach zdarzało się, że np. godzinę przed szczytem zawracaliśmy ze względu na syna lub jego kolegę. To jest rozsądek i doświadczenie wielu lat. Nie sztuką jest wejść na szczyt, sztuką jest zejść. Każdy kto chodzi po górach, powinien z takiego założenia wychodzić.

Co pan robi zawodowo, z czego Pan finansuje wyprawy?

M.C.: Jestem inspektorem ds. technicznych. Niestety do tej pory nie udało mi się znaleźć sponsora. Z powodów finansowych nie wziąłem udziału w biegu dookoła Mont Blanc mimo, że zebrałem punkty i dostałem się na listę startową. Przeliczyłem koszty i stwierdziłem, że musiałbym dużo poświęcić.

Jakie to koszty?

M.C.: Sam start to 1100 zł, poza tym trzeba dojechać do Chamonix, znaleźć nocleg na kilka dni, mieć odpowiedni sprzęt, którego wymaga organizator. Musi być odpowiedni plecak, spodnie, rękawiczki wodoodporne, kurtka musi mieć określoną odporność na wodę i klejone szwy. Akurat kurtkę mam, ale bez klejonych szwów – musiałbym kupić nową. Trzeba by było wyłożyć ok. 6-7 tys. zł. Wszystkie wyprawy opłacam sam. Każdy taki bieg to wydatek min. 700-1000 zł. Sam start to ok. 300 zł, a trzeba jeszcze dojechać, zapłacić za nocleg, po biegu też dobrze jeszcze przenocować, by drugi dzień wrócić spokojnie do domu. Z reguły jeździ ze mną rodzina.

Co chciałby Pan przekazać młodym ludziom z cukrzycą?

M.C.: Z własnego doświadczenia wiem, że każdy przechodzi bunt, ale im więcej oporu stawiamy tej chorobie, tym bardziej odbija to się ona na zdrowiu. Lepiej dostosować się do cukrzycy i poprzez próby i eksperymenty badać swoje granice. W ten sposób sprawdzimy, na ile choroba nam pozwala. Poznając swój organizm będziemy mieli więcej radości niż stawiając mu opór. Cukrzyca jest normalna częścią życia i nie możemy mówić, że jesteśmy chorzy. My po prostu tacy jesteśmy. Tak nas stworzył Bóg i trzeba sobie dawać radę. Wymaga to więcej pracy, ale możemy żyć zwyczajnie i spełniać swoje marzenia. Jeśli ktoś dopiero zaczyna przygodę ze sportem, to niech pamięta, by robić to krok po kroku. Nie rzucać się do razu na głęboką wodę. Należy sprawdzać swój organizm, umieć przewidywać to, co może się stać i zawsze być przygotowanym na to, że czasem trzeba się zatrzymać i odpocząć 5 minut

Więcej o naszym bohaterze przeczytasz na stronie www.sporticukrzyca.pl

Rozmawiała: Anna Michnikowska

Tags

You may also like...

0 thoughts on “W biegu”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *