Kłamca doskonały – wywiad z Michałem Figurskim

Michał Figurski: „Piłem i jadłem, co chciałem, wymyśliłem sobie, że wystarczy mi insulina długodziałająca… i tak sobie żyłem, wciąż chudnąc, co bardzo mnie cieszyło, bo zawsze miałem nadwagę.”

Michał Figurski, dziennikarz muzyczny, współtwórca Antyradia. Na cukrzycę typu 1 zachorował w wieku 21 lat. W wyniku powikłań cukrzycowych był dializowany, w 2015 r. przeszedł wylew. Jest po przeszczepie nerki i trzustki. W styczniu 2019 założył Fundację Najsłodsi, która jak sam mówi ma pomagać młodym ludziom takim jak on zbuntowanym, okłamującym siebie i otoczenie, nie akceptującym swojej choroby.

Pamięta Pan dzień, w którym zdiagnozowano u Pana cukrzycę?

Michał Figurski: Na I roku studiów, pojechałem do Meksyku do przyjaciela. Wymyśliliśmy sobie wyjazd do prawdziwego puebla – wioski leżącej poza cywilizacją. Poszliśmy coś zjeść w lokalnej karczmie. Dostałem gigantycznego skurczu przełyku, co prawdopodobnie było związane z uczuleniem. Byłem wtedy dość otyły, co w połączeniu z brakiem ruchu i szokiem, jakim dla organizmu było zatrucie mogło uruchomić proces autoimmunologiczny. Objawy bardzo klasyczne – potężne pragnienie, wielomocz, chudnięcie, osłabienie. Potrafiłem przysnąć w trakcie prowadzenia audycji. Nie wiedziałem, co się dzieje. Pochłaniałem litry napojów, ale nie mogłem ugasić pragnienia. Jak nie mogłem napić się wodą, to próbowałem pić mleko, jak nie mlekiem, to sokiem, jak sok nie działał, piłem herbatę. W końcu usnąłem na dwa dni – nie to, że całkiem, budziłem się, piłem i kładłem się dalej spać. To zaniepokoiło moich rodziców, pojechałem do szpitala i tam zdiagnozowano cukrzycę typu 1.

Jak zareagował Pan na diagnozę?

M.F.: To był gigantyczny szok, nie miałem pojęcia, czym jest cukrzyca. Pielęgniarka ograniczyła się do wręczenia ulotek – to była lakoniczna rozmowa, dostałem książkę prof. Tatonia, która była napisana kompletnie dla mnie niezrozumiałym językiem i ulotki, które były reklamówkami firm farmaceutycznych. Pokazano mi jak mierzyć jednostki chlebowe, ale taka rozmowa na poziomie zrozumienia, czym w ogóle jest choroba przewlekła, odbyła się w pokoju. Tak się złożyło, że trafiłem do pokoju z tzw. „recydywą”: księdzem, narkomanem i alkoholikiem, którzy od lat chorowali na cukrzycę. Jeden z nich mówił, że pić to można, bo alkohol obniża cukier, drugi – ksiądz – wcinał kanapki z boczkiem i mówił, że podstawa to dobrze się odżywiać w cukrzycy, a narkoman, paląc papierosy opowiadał, że można z tym żyć, bo on choruje już „x” lat i wciąż żyje. Początkowe przerażenie, zastąpiło przekonanie, że nic takiego strasznego się nie stało. Pamiętam, że narkoman miał w szafce mnóstwo słodyczy, wcinał krówki, a potem robił sobie insulinę i mówił, że właśnie po to jest insulina, żeby mógł jeść, co chce. Z taką wiedzą i nastawianiem wyszedłem ze szpitala. Przejąłem się oczywiście, zacząłem stosować dietę, ale po 3 miesiącach dostałam remisji. Z insuliny przerzucono mnie na środki doustne, a cukry dalej były bardzo niskie. Oczywiście po kilku miesiącach doszedłem do wniosku, że cudownie ozdrowiałem, że nie ma co się leczyć, że to pewnie jakaś pomyłka była, osłabienie organizmu z powodu zatrucia i otyłości, której już nie miałem. Suma tych wszystkich doświadczeń doprowadziła mnie do wniosku, że jestem zdrowy i że nie ma się czym przejmować. W takim przekonaniu żyłem kolejne lata, zaniedbując się bardzo. Piłem i jadłem, co chciałem, wymyśliłem sobie, że wystarczy mi insulina długodziałająca… i tak sobie żyłem, wciąż chudnąc, co bardzo mnie cieszyło, bo zawsze miałem nadwagę. Zrobiłem się nagle bardzo przystojnym facetem, ale z takich poprawnych 80 kg, chudłem coraz bardziej. Nim zdążyłem się obejrzeć, ze 136 kg w klasie maturalnej, zjechałem do 63 kg przy wzroście 194 cm. Gdy zamieszkałem w Krakowie, byłem tak zabiedzony i wysuszony, że pierwsze badanie, jakie mi wykonano, to było badanie na HIV – sprawdzano czy, aby na pewno to tylko cukrzyca. Zrobiono mi szereg badań okulistycznych, nefrologicznych, angiopatycznych i wszystkie wychodziły źle. To było 4 lata po diagnozie. Wtedy zacząłem odwiedzać lekarzy i nauczyłem się funkcjonować w środowisku kłamstwa. Okłamywałem rodzinę, lekarzy i przede wszystkim siebie, wmawiając, że wszystko jest ok, że mierzę cukier, że nic się nie dzieje.

A mierzył Pan?

M.F.: Mierzyłem tylko wtedy, gdy wiedziałem, że ten cukier nie będzie wysoki. Jak zjadłem lekki posiłek, to mierzyłem utwierdzając się w przekonaniu, że jest super. Lekarze się nie zorientowali, że oszukuję, powikłania nie były na tyle wyraźne, żeby zaniepokoiły. W tym stanie oszustwa funkcjonowałem 20 lat.
Po drodze miałem wizyty w szpitalach – wylądowałam na Wołoskiej, gdzie okazało się, że mam HbA1c 13%. Powiedziano mi, że zaczyna się retinopatia, nefropatia i angiopatia. Pogłębiające się powikłania cukrzycowe wymuszały na mnie wizyty u lekarzy, mierzenie cukru. Proces uświadamiania sobie, że muszę o siebie dbać zajął mi kilkanaście lat. Ale nawet wtedy wciąż jeszcze nie wziąłem się za siebie jak należy. Dopiero dializy były tym momentem, gdy uświadomiłem sobie, że nie mam po prostu wyjścia. Po drodze było walka z pogarszającym się wzrokiem, zastrzyki do oka, coraz większe problemy z nerkami, trawieniem, potencją. To się wszystko bardzo powoli nasilało. Zacząłem naprawdę dbać o siebie i w zasadzie w 2015 r., gdy dostałem wylewu dosyć dobrze prowadziłem tę swoją cukrzycę… ale było już za późno. Wylew był ukoronowaniem tych wszystkich powikłań.

Michał Figurski: „Przede wszystkim wylew to koszmarny ból. Potworny.”

Jak Pan pamięta ten dzień?

M.F.: Bolały mnie mięśnie, stawy, czułem wysoką gorączkę, byłem święcie przekonany, że złapałem anginę. W dzień wylewu prowadziłem jeszcze program publicystyczny na żywo. To były trudne tematy, ale zrobiłem program, pojechałem do domu, wziąłem proszki na przeziębienie i położyłem się. Kiedy się obudziłem miałem niedowład lewej strony, problem z mówieniem, czułem, że opadł mi lewy kącik ust, lewa ręka była zupełnie niewładna. Widziałem, co się ze mną dzieje, a i tak chciałem jechać do lekarza samochodem. Przewróciłem się, gdy wstałem po kluczyki.
Wezwano karetkę i tego momentu w karetce już nie pamiętam. Zrobiono mi trepanację, odessano krwiaka. W trakcie operacji mój stan był na tyle tragiczny, że rodzinie wystawiono na korytarz worek z moimi ubraniami.

Co się działo potem, po wylewie? Co pan sobie myślał?

M.F.: Przede wszystkim wylew to koszmarny ból. Potworny. Ból, który wyłącza jakiekolwiek racjonalne myślenie. Z relacji rodziny, przyjaciół, lekarzy, wiem, że się tylko darłem i miotałem. Potem była kompletna niemoc związana z tym, że byłem przykuty do łóżka, zdany na opiekę otoczenia. Pojawiła się bardzo ciężka depresja. Zanim zamknąłem oczy, byłem zupełnie sprawny, byłem panem swego życia i w pewnym sensie świata, a obudziłem się całkowicie zdany na osoby trzecie. To wywołało narastającą panikę i przerażenie.

Czytaj również: Depresja i cukrzyca

Co Pan pamięta z tego okresu?

M.F.: Widzę przerażone twarze rodziny i przyjaciół. Moje wrzaski o kolejne dawki leków przeciwbólowych. Pamiętam bezradność kompletną. Rozrywający ból spowodowany niemożnością wypróżnienia się. Panikę, gdy brałem do ręki telefon i wiedziałem, czym jest, ale nie miałem bladego pojęcia, jak się nim posługiwać. Próby przeczytania czegoś i nieumiejętność ułożenia liter w zdania. Kompletny chaos… Porównuję ten stan do laptopa zalanego kawą – wszystko zaczyna się mieszać, tam gdzie było A jest Z, tam gdzie B jest X, Escape nie działa, Enter nie działa. Wciskasz Shift, okazuje się, że zamienił się z Delete – tak to wygląda.

Co pana podniosło z tej depresji?

M.F.: Że jeśli z tym nic nie zrobię, to tak zostanie już na zawsze.

Jakie w ogóle było rokowania?

M.F.: Przy wylewie nie ma rokowań – to jest żebranie o jakieś rokowania. Człowiek szybko zdaje sobie sprawę, że nie ma na to leków, jedynym wyjściem jest ciężka praca i rehabilitacja. Ja byłem cały czas na dializach, ze mną nie można była zrobić wszystkiego. Do tego jeszcze cukrzyca. Był szereg okoliczności, które uniemożliwiały mi podjęcie normalnej rehabilitacji. Nie każdy rehabilitant zgadzał się mnie przyjąć, nie wszyscy chcieli pracować z dializatorem, który wymagał odrębnej obsługi, a co za tym idzie wykwalifikowanego personelu. Mijały miesiące, a każdy dzień działał na moją niekorzyść, podobnie jak moja rozpoznawalność. Mój wylew był szeroko komentowany w prasie i w internecie, więc każdy się bał, że jeśli coś pójdzie nie tak, to stanie się przedmiotem doniesień prasowych. Byłem w bardzo trudnym położeniu. Nie raz spotkałem się z opinią, że a Figurski jako celebryta na pewno będzie miał lekarzy, opiekę i to jeszcze za darmo albo półdarmo. A właśnie fakt, że jestem osoba publiczną pogarszał sytuację. Podobnie było potem z przeszczepem.

Przeszedł Pan przeszczep łączony trzustki i nerki…

M.F.: Dopiero po przeszczepie dowiedziałem jak ogromne problemy i komplikacje spowodowało moje nazwisko. Nie każdy chciał mnie brać pod nóż, byłem pacjentem wysokiego ryzyka nie tylko ze względu na mój stan, tylko przez wzgląd na moją rozpoznawalność. Na przeszczep czekałem dłużej niż inni tylko dlatego, że wielokrotnie odmawiano mi bojąc się późniejszego rozgłosu, ewentualnych komplikacji.

Czytaj również: Przeszczep trzustki – życie po odrzucie

Przeszczep się udał…

M.F.: Przeszczep mnie uratował. Ja kładłem się z cukrem 300, a obudziłem z cukrem 100, więc to w moim przypadku było absolutnym cudem. Po 25 latach przestałem przyjmować insulinę Przeszczep trzustki przyjął się bardzo szybko, nerka dopiero po tygodniu, ale podjęła pracę. Dzisiaj mogę powiedzieć, że wszystko się udało, ale wizyty u lekarza są regularne, regularne jest przyjmowanie leków immunosupresyjnych, regularne jest uważanie na siebie, bo immunosupresja powoduje że mam niższą odporność. Musiałem z wielu rzeczy zrezygnować, z alkoholu, z papierosów. Teoretycznie jestem pozbawiony cukrzycy, ale wyeliminowałem słodycze i prowadzę się tak, jakbym tę cukrzycę miał. Wie pani, po moich doświadczeniach jednak coś tam w głowie zostało. Czuję odpowiedzialność. Zakładam fundację dla osób takich jak ja, niepogodzonych z losem, oszukujących siebie i otoczenie. Jest to niestety częsta reakcja młodych osób, które po pierwsze, jak ja, wypierają chorobę, po drugie, tak jak ja, ukrywają się z nią; po trzecie, tak jak ja, są kłamcami doskonałymi i dla komfortu psychicznego oszukają każdego, że się pilnują, że się leczą, że wszystko jest ok, po czwarte, tak jak ja, nie chcą chodzić do lekarza, nie chcą się poddać skrupulatnej terapii. Jesteśmy ułomni jako gatunek ludzki. Ja to rozumiem i chciałbym takim ludziom pomagać, bo mają najgorzej. Oni idą do lekarza i słyszą: „Pan się TYLKO musi pilnować, pan się musi TYLKO pilnować”. To niewystarczający komunikat. Tym ludziom trzeba naprawdę pomóc, trzeba ich złapać za rękę i ich z tego niebytu wyciągnąć.

Czytaj również:Przeszczep trzustki – tragiczne zakończenie

Jak będzie działać Fundacja?

M.F.: Ja nikogo nie wyleczę, ja mogę jedynie opowiedzieć swoją historię. Chcesz tak? Proszę bardzo, ale możesz inaczej. Wiele fundacji pomaga dzieciom albo osobom starszym, wydaje mi się że żadna nie opiekuje się skutecznie młodymi dorosłymi, tymi którzy są w sile wieku, którzy funkcjonują w miejscach, które nie wiedzą nic o cukrzycy i do których choroba nie pasuje. Bo choroba nie pasuje do uczelni, choroba nie pasuje do korporacji, choroba nie pasuje do zawodu dziennikarza, aktora, biznesmena. To są środowiska, w których nie ma miejsca na chorobę, a już na pewno na chorobę, o której nikt nic nie wie. Mówimy rak i człowiek nawet nie będąc lekarzem, wie o tym bardzo dużo. O cukrzycy nie wiemy kompletnie nic. Tematu nie ma na ulicy, nie ma w szkole, w pracy. Chciałbym działać inaczej niż wszystkie fundacje. Chciałbym mówić językiem ludzi, do których ten przekaz będzie kierowany, bez terminologii medycznej, bez jakiegoś współczucia, bo uważam, że nie tędy droga.

Jakim jest Pan człowiekiem?

M.F.: Proszę pani, na moje szczęście i nieszczęście jestem niepoprawnym optymistą. Jest to dobre w chwilach kryzysowych, natomiast jest trudne, kiedy wszystko jest stabilne. Nie bacząc na konsekwencje, zawsze twierdziłem, że jakoś to będzie, z jednej strony „jakoś to było”, ale jak… wystarczy spojrzeć na moje wieloletnie podejście do cukrzycy. Z jednej strony ten niepoprawny optymizm mnie ratował, z drugiej mnie pogrążał, to jest broń obosieczna. …ale całkiem się nie zmienię, bo jakbym się zmienił, to bym przegrał. To zabiłoby mnie we mnie, a na to pozwolę. Mam dzieci, dom, rodzinę, dla której muszę żyć i muszę być Michałem Figurskim. Ja nie uważam, że coś straciłem. Gdyby nie cukrzyca, wielu rzeczy bym nie zrobił i nie osiągnął. Ona przekręciła bardzo wiele kluczy w wielu zamkach. Wszystkiego pani nie opowiem – piszę książkę, więc nie mogę wszystkiego zdradzić w jednym wywiadzie. Natomiast bardzo wiele zawdzięczam cukrzycy i wylewowi – chociażby taką przemianę, dojrzałość, której nigdy bym nie osiągnął. Ja kocham być niedojrzały i nic by tego nie zmieniło, gdyby nie moje perypetie.

Dobrze jest być dojrzałym?

M.F.: No bezpieczniej na pewno i bardzo ciekawie – to człowiek, którego do tej pory nie znałem. To dodaje pewności siebie, satysfakcję, że jest się lepszym dla siebie i dla innych. Mamy tylko jedno życie, więc myślę, że fajnie je przeżyć różnorodnie, a nie być cały czas tym bucem, który gdziekolwiek nie pójdzie, idzie w tych samych butach… nie… ja bardzo lubię zmieniać buty (śmiech). To jest życiowa przygoda, okupiona momentami bardzo poważnym cierpieniem, ale człowiek się nie uczy, dopóki nie zaboli. A ta choroba niestety nie boli. Z dużym naciskiem na „niestety” dlatego, że brak realnego, wymiernego bólu powoduje, że tak bardzo ją lekceważymy. Cukier jest jak kwas solny w organizmie – rozpuszcza nas od wewnątrz. Zaczyna od małych żyłek przez spore organy, a kończy na naszym życiu, charakterze, i tym kim jesteśmy. Dlatego nie pozwolę, by cukrzyca rozpuściła mnie całego, bo ja lubię być sobą

Jakie ma Pan marzenia?

M.F.: Żeby los był dla mnie tak łaskawy jak był do tej pory, żebym tego życiowego farta trochę zawsze miał w kieszeni i żebym miał takie szczęście, jakie miałem do tej pory do ludzi… a bardziej przyziemnie: chciałbym, żeby Fundacja „Najsłodsi” osiągnęła swoje cele, a naszym nadrzędnym celem jest zbudowanie pierwszego w Polsce centrum diabetologicznego – takiego miejsca, gdzie osoba chora i jego rodzina dostanie kompleksową wiedzę skrojoną pod konkretnych ludzi, bez ogólnych epitetów, formułek i ulotek. Żeby ten człowiek miał przebadaną trzustkę, wątrobę, nerki, żyły, ale też głowę… bo ta głowa jest bardzo ważna. Chciałbym, by Fundacja funkcjonowała jak najwydajniej w tych segmentach, w których inni dawno się poddali albo nie uruchomili jakiekolwiek myślenia. To centrum diabetologiczne jest dla mnie bardzo dużym wyzwaniem i polem do popisu. Jestem pracocholikiem i tu się będę mógł bardzo ładnie wyżyć. Paradoksalnie w moim życiu okazało się wcale najlepiej nie znam się na muzyce czy radiu, ale na chorobach – a należy robić to, na czym człowiek się zna najlepiej.

Rozmawiała Anna Michnikowska

Tags

You may also like...

0 thoughts on “Kłamca doskonały – wywiad z Michałem Figurskim”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *