Nie bądźmy bardziej chorzy, niż jesteśmy


Andrzej Michalik w drodze na Rysy

Marzyciel?… raczej przykład na to, że marzenia należy samemu spełniać. Optymista? Jak sam mówi, woli szklankę do połowy pełną. Podróżnik? Niestandardowy – przepłynął Wisłę, przeszedł wybrzeżem Bałtyk i całą Polskę z północy wprost na najwyższy szczyt – Rysy. Cukrzyk? Są gorsze choroby.

Skąd pomysł na „Słodkie wyprawy”?

Andrzej Michalik: Lubię przyrodę, naturę, geografię. Zawsze mnie cieszyły książki i programy przyrodnicze. Często wyobrażałem sobie, że jestem na bezludnej wyspie, buduję schronienie, szukam wody – z takim marzeniem usypiałem. Pomysł na przepłynięcie Wisły kajakiem powstał w mojej głowie dużo wcześniej. Jednak przez długi czas uważałem, że nie podołam takiej wyprawie. 7 lipca 2015 r. postanowiłem, że to zrobię. No bo kiedy, jak nie teraz (śmiech). 8 lipca zacząłem przygotowania do wyprawy „Słodka Wisła”. Dałem sobie na przygotowania rok… musiałem przecież nauczyć się pływać kajakiem.


„Słodkie wyprawy”
To projekt realizowany przez Andrzeja Michalika chorującego na cukrzycę typu 1. Podróżnik w ten sposób chce pokazać, że z cukrzycą można realizować własne marzenia. Do tej pory udało się zrealizować 3 wyprawy. W planach jest kolejna.

„Słodka Wisła” (2016 r.)
Pierwsza z wypraw zrealizowana w 2016 r. Samotna podróż kajakiem przez Wisłę zajęła 25 dni, trasa objęła 1000 km.


„Słodki Bałtyk” (2017 r.)

Piesza wyprawa wzdłuż polskiego wybrzeża trwała 3 tygodnie i obejmowała trasę o długości 550 km.

„Słodkie Punkty” (2018 r.)
Trasa rozpoczynała się w najbardziej wysuniętym na północ fragmencie Polski, a kończyła na południu w punkcie najwyżej położonym, czyli na Rysach. Obejmowała 800 km.

Czy to była niebezpieczna wyprawa?

A.M.: Jeśli ktoś zna fizykę, to gorzej nie mogłem trafić. Nie jestem w stanie powiedzieć, ile podczas tej 25-dniowej wyprawy było wichur, nawałnic, ile było deszczu. Przeżyłem 10 burz, które na rzece są bardzo niebezpieczne. Po pierwsze pioruny biją w wodę, a po drugie nocowałam na wyspach, łachach piachu, które są najwyżej położonym punktami. Miałem dużo szczęścia w nieszczęściu. Gdy nadchodziła burza zdejmowałem zegarek (też może ściągnąć pioruny) i razem z powerbankami i telefonami rzucałem w kąt namiotu. Liczyłem sekundy, żeby ocenić czy burza się zbliża, czy jest nade mną, czy się już oddala. Dwa razy były takie nawałnice, że góra namiotu przyklejała mi się do twarzy, musiałem ją odpychać, żeby zaczerpnąć oddech.
W okolicach Dobrzynia nad Wisłą dopadła mnie fala o wysokości ok. 1,20-1,50 m. Płynąłem zwykłym kajakiem (nie morskim), musiałem walczyć, żeby dopłynąć do brzegu. Zajęło mi to 4 godziny.

Czytaj również: Trzustka z drukarki, wywiad z dr. Michałem Wszołą

A co z cukrami podczas takiej wyprawy?

A.M.: Kompletnie nie nastawiałem się na idealne cukry – mówi się trudno. Po „Wiśle” miałem hemoglobinę 7,2. Fakt, że to średnia z wahań glikemii, ale chyba nie tak źle skoro podczas wyprawy nie kładłem się spać z cukrem niższym niż 200. Przebywałem w odosobnieniu – na wyspach. Nie mogłem sobie pozwolić na idealne cukry. Jak walczyłem, żeby dopłynąć do brzegu, to była walka o życie. Miałem dwa wyjścia: albo wypuszczę wiosła, wywali mnie i się utopię, albo dopłynę do brzegu. Nawet nie myślałem, o tym żeby zrobić zastrzyk, ja tylko jadłem. Są po prostu priorytety, moim priorytetem było życie, a prędzej mogłem je stracić w wodzie niż od cukrzycy.

Bałeś się?

A.M.: Nie powiem, że nie. Jak był sztorm, to panowałem nad tym – ratunek zależał od siły moich rąk. Podczas burzy z piorunami nie miałem nad tym żadnej kontroli. Liczyłem na łut szczęścia.

Kolejną wyprawę rozpocząłeś rok później – przeszedłeś wzdłuż polskie wybrzeże. Skąd ten pomysł?

A.M.: Już jak mi się „Wisła” kończyła, to czułem że czegoś mi będzie brakowało. I wtedy postanowiłem, że zrealizuję kolejny swój pomysł, bo „Wisłę” i „Bałtyk” miałem od dawna gdzieś z tyłu głowy. „Słodki Bałtyk” dał mi w kość. Trasa od granicy niemieckiej do rosyjskiej wyniosła ok. 550 km. Postawiłem sobie za cel, że idę tylko plażą, chyba, że nie miałem jak przejść. Czasem piasku było po kolana. potrafiłem wtedy w godzinę zrobić zaledwie 1,5 km. Gorączka, spuchnięte i pozdzierane nogi. Nie było w tym romantyzmu. Byłem szczęśliwy oczywiście, że się udało, ale nie poszedłbym drugi raz.
Po powrocie z tej wyprawy spałem półtorej doby. Przyjechałem w niedzielę i spałem do wtorku do południa. Po „Bałtyku” myślałem, że zrobię przerwę w tych wyprawach…

…ale?

A.M.: Po miesiącu, jak wszystko się zagoiło znowu mi czegoś zaczęło brakować – przygotowań, zbierania rzeczy, informacji, planowania tras. Wpadłem na pomysł, że połączę dwa punkty Polski: najbardziej wysunięty na północ z najwyższym, czyli z Rysami. To było wyzwanie, bo do tego momentu najwyższy szczyt, jak zdobyłem to była Tarnica w Bieszczadach.

Jak się człowiek pakuje na taką wyprawę?

A.M.: Miałem plecak. Początkowo ważył ok. 18-20 kg, ale w trakcie wyprawy zacząłem z niego wyrzucać rzeczy. Wydawało mi się, że spakowałem się optymalnie, ale jak się okazało mnóstwo rzeczy było niepotrzebnych. Na przykład miałem dużo czekolad, a wystarczyła mi jedna – nie szedłem przecież przez odludzie. Zostawiłem je w pensjonacie dla pani, która sprzątała. Nie sprawdziły mi się buty, więc zostawiłem je u znajomych. Okazało się, że ręcznik też nie jest mi potrzebny – nocowałem u znajomych lub rodziny. Wyrzuciłem płyn do prania i obcinacz do paznokci. Zacząłem odcinać metki od ciuchów, bo to wszystko waży. Pokrowiec do śpiwora – 35 g, kartka A4, na której wydrukowałem sobie trasę – 6 g. Jeśli się to wszystko pododaje, to robią się kilogramy.

Czytaj również: W chorobie nikt nie powinien być sam – wywiad z o. Ireneuszem

Jaki był najtrudniejszy moment podczas wyprawy „Słodkie Punkty”?

A.M.: Był straszny upał i na początku prawie się odwodniłem. Piłem dużo i uzupełniałem płyny napojami energetycznymi – i to był błąd! Niepokojącym objawem był fakt, że po 5 dniach wędrówki nie chciało mi się jeść. Pojawiły się wymioty gorączka, organizm był zatruty. Dobrze, że miałem przy sobie sól, która zatrzymuje wodę w organizmie, dopiero jak zacząłem dodawać ja do wody poczułem się lepiej. Podczas całej wyprawy temperatura asfaltu prawie codziennie sięgała 50-60°C. Wstawałem codziennie po ciemku, wychodziłem o brzasku, żeby widzieli mnie kierowcy. Między godz. 13 a 15 odpoczywałem. Bolało, bo marnowałem dwie godziny dobrej pogody, ale o tej porze nie dało się iść.
Drugi kryzys miałem w Koniecpolu. Tego dnia już zrobiłem ok. 20 km Szukałem noclegu, bo wokół cywilizacja – nie mogłem wejść do lasu i rozłożyć namiotu. Znalazłem informację, że za 15 km będzie hostel. Byłem 500 m przed hostelem, gdy na przejeździe kolejowym opuszczono przede mną szlaban. Musiałem stanąć i czekać kilka minut aż pociąg przejedzie, co jest tragedią, bo wszystkie mięśnie sztywnieją. Bałem się, że już się nie ruszę. Te 500 m szedłem jakbym nie miał nóg. To był potężny kryzys. Poszedłem pod prysznic i usiadłem, choć wiadomo, jakie są hotelowe prysznice. Siedziałem, lałem wodę i jadłem owoce, żeby dostarczyć witamin. I wtedy popełniłem błąd, mimo, że ponad 30 lat choruję na cukrzycę. Wydawało mi się, że cukier mam ok. 400… wydawało mi się… nie zmierzyłem, podałem insulinę… a tam było 180. Dawkę dałem na 400. „No to ładnie!” – pomyślałem. „Toś się wpakował!” Zatruty organizm, nie dość że wycieńczony (miałem już za sobą 500 km) to jeszcze zatruty. Chciało mi się wymiotować, ale się powstrzymywałem. Póki byłem w stanie jadłem batony, potem owoce, żeby nie dopuścić do hipo ale też dostarczyć witamin. Leżałem z głową w poduszce i walczyłem. Niby w cywilizacji… a jednak byłem sam. Zanim by się zorientowano, że coś się stało, byłby następny dzień po południu. Byłoby już za późno. Udało mi się przetrwać. Choć wydaje się to absurdalne, to jak zobaczyłem na glukometrze wynik 300 mg/dL, to byłem szczęśliwy.

Jak się po takich wyprawach wraca się do domu?

A.M.: Po „Wiśle” jak dotarłem do domu, byłem załamany. Skończyła się moja wyprawa, skończyła się moja przygoda, moje zwierzaki, zapach wody. Nie było mojego kajaczka, z którym przez te 25 dni się nie rozstawałem. Ogarnął mnie ogromny smutek. Siedziałem i patrzyłem. Gdzie ja jestem? Cztery ściany i tylko tyle? Gdzie ta przyroda?

Swoje wyprawy odbywasz samotnie. Czy jesteś samotnikiem?

A.M.: Nie. Ja bardzo lubię ludzi. Ta samotność na wyprawach wynikała z tego, że chciałem pokazać, że cukrzyk może to zrobić sam.

Jak się przygotowujesz do swoich wypraw?

A.M.: To jest mnóstwo przeczytanych stron, mnóstwo kupionego sprzętu, kilkanaście treningów tygodniowo. To nie jest taki normalny rok – mniej imprez, mniej ciasta, rezygnowanie z różnych przyjemności. Sama wyprawa jest wisienką na torcie. Przygotowanie wymaga dużo więcej wysiłku i poświęceń. Ponieważ moje wyprawy odbywają się pod koniec wakacji, najbardziej intensywne przygotowania przypadają na okres, gdy wszyscy się bawią: organizują grille, ogniska, siedzą na bulwarach. Wtedy najintensywniej ćwiczę. Ale ja wymyślam te wyprawy właśnie po to, żeby się nauczyć czegoś nowego, żeby przez cały rok się interesować, czytać fora, rozmawiać z ludźmi.

Kiedy zdiagnozowano u Ciebie cukrzycę?

A.M.: 31 lat temu, miałem wtedy 3 lata. Na pewno wtedy było trudniej niż dziś – inny sprzęt, jednorazówki. Glukometry mało dostępne i wielkie jak kasy fiskalne, ale rodzice traktowali mnie normalnie. Jak chciałem gdzieś wyjść, to mama tylko pytała: Masz cukier przy sobie? No dobrze, to idź. Takie normalne podejście.

Czy miałeś okres buntu przeciw chorobie?

A.M.: Nie oszukujmy się – bunt będzie zawsze, czy u nastolatka, czy u dorosłego. Od 31 lat robię coś, czego nie chcę, bo kto lubi zastrzyki, ważenie, mierzenie? Nikt tego nie lubi, a ja muszę to robić 24 h na dobę od ponad 30 lat. Oczywiście są momenty, że muszę sprawdzić cukier i sobie mówię: „Aaaa, nie mierzę!”, ale za 20 minut wstaję i to robię. Czasem się nie chce, ale ja zawsze mówię: mogłem trafić gorzej z chorobami

Czytaj również: Mistrz Polski z cukrzycą

Co byś chciał przekazać młodym ludziom?

A.M.: Żeby normalnie żyli. Tylko ja młodym ludziom to przekażę, ale często nie jestem w stanie przekazać tego rodzicom. Wydaje mi się, że tu jest problem. Rodzice często są nadopiekuńczy. Cukrzyca to chyba jedyna choroba, w której pacjent musi być tak wyedukowany i tak samodzielny. Takiego pacjenta nie można w niczym wyręczać. Oczywiście, jeśli to jest małe dziecko to tak, ale potem ono musi nauczyć się samo wszystko robić, musi dawać sobie radę. Teraz są pompy – jest inaczej, ale ja szedłem do szkoły i musiałem sam robić sobie zastrzyki. Chodzi o to, żeby cukrzyk miał z tyłu głowy, że jest chory, że musi zawsze mieć przy sobie coś słodkiego, ale żeby funkcjonował normalnie. Niech spełnia swoje marzenia. Oczywiście są pewne ograniczenia i tego się nie przeskoczy, choć zawody stopniowo są uwalniane. Może nie można być pilotem Boeinga, ale można zrobić kurs pilotażu. Chciałbym, by młodzi ludzie nie bali się marzeń, żeby żyli normalnie. Ja skończyłem dwie uczelnie, pracowałem, żeby zarobić na studia. Dla mnie pójście w Bieszczady nie było niczym niezwykłym, biorę kanapki i w górę. Według prawa diabetyk nie może pracować dłużej niż 7 godzin – na początku o tym nie wiedziałem, ale byłoby mi wstyd powiedzieć, że chcę pracować mniej niż inni. Jestem normalnym facetem
Chciałbym przekazać ludziom, żeby realizowali marzenia. Trzeba liczyć się z chorobą, ale przecież mamy mistrza olimpijskiego z cukrzycą, triathlonistę, zdobywcę Mount Everestu. Ludzie normalnie funkcjonują. Nie bądźmy bardziej chorzy, niż jesteśmy.

Rozmawiała Anna Michnikowska

Tags

You may also like...

0 thoughts on “Nie bądźmy bardziej chorzy, niż jesteśmy”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *