Dwa śluby, dwie cukrzyce


Rok 1998. Na kolorowym zdjęciu ślubna para. Dorota – ubrana w różową sukienkę z zasłony. Na zdjęciu tego nie widać, ale sukienka miała długi tren. Do tego kolczyki – duże plastikowe koła. Różowe. Adam – w sportowych butach z pomarańczowymi elementami – hit tamtych lat! Buty specjalnie na tę okazję pożyczył od kolegi. W podróż poślubną wybrali się na lody
To był ślub „kolonijny”. Mieli po 13 lat – wakacyjny obóz w miejscowości Nowa Kaletka zorganizowała Stołeczna Fundacja dla Dzieci z Cukrzycą. Ślubu udzielał kierownik kolonii Sylwester Manowski – prywatnie tata Doroty.
Nie byli jedyną parą kolonistów, która składała sobie wtedy przysięgę. Ale jako jedyni 12 lat później stanęli na „prawdziwym” ślubnym kobiercu. Tym razem sukienka była biała. Dorota zrezygnowała z trenu – Nie chciałam, żeby mi się plątał pod nogami – wspomina.

Córka kierownika
Początki ich znajomości mają różne wersje. Adam mówi, że Dorota mu się spodobała jeszcze zanim ją poznał. To było rok przed kolonijnym ślubem. Dorota wtedy nie przyjechała, bo złamała nogę. Adam zobaczył ją na zdjęciu, którym pochwalił się Pan Sylwester. – Już wtedy pomyślałem, że jest śliczna – wspomina Adam. Dorota nie wierzy mu. Śmieje się, że tak tylko teraz mówi.
Inną wersję ma koleżanka: Drzwi do pokoju Doroty zacięły się. Na szczęście w pobliżu był Adam, który bohaterskim kopniakiem je wyważył. Tak się poznali. Od tego kopniaka. Ta miłość musiała wtedy wykiełkować – twierdzi koleżanka.
Nie przeszkodziło nawet to, że Adam ogromnie bał się taty Doroty, Pana Sylwestra. – Był przerażony – śmieje się Dorota. Bał się chyba samego faktu, że ma dziewczynę „córkę kierownika” – to wtedy chyba niezła fucha była – mówi Dorota. Adam z kolonii pamięta plastikową obrączkę na palcu Doroty i to, że miał uczulenie na zasłonę, z której była zrobiona ślubna kreacja.

Drugi koniec świata
Ten ślub kolonijny to była całkiem poważna sprawa. Dorota i Adam byli na tych koloniach parą, podobnie jak na kilku kolejnych. Jednak w ciągu roku szkolnego kontakt umierał śmiercią naturalną – ona mieszkała w Warszawie, a on w Warce. – To wszystko przez tę odległość – mówi Dorota. – Odległość? – pytam zdziwiona, bo kojarzę, że Warka leży gdzieś niedaleko. Ale może chodzi o inną Warkę…– A ile jest kilometrów z Warki do Warszawy – pytam dla pewności. – Sześćdziesiąt! Aż 60 km! Dla nas – nastoletnich – ta odległość wtedy była nie do pokonania. Jak drugi koniec świata – śmieje się Dorota.
Na kolonie organizowane przez Fundację jeździli potem co roku. Było tych obozów jeszcze z 5, może 6 dopóki oboje przestali się na nie kwalifikować z racji wieku. Z reguły na tych wyjazdach byli parą. – Chyba oboje jadąc na wakacje podświadomie to wiedzieliśmy – wspomina Dorota. Im byli starsi – w liceum, potem na studiach (oboje uczyli się w Warszawie), tym ten kontakt w ciągu roku bardziej się utrzymywał. Sprzyjały temu spotkania organizowane przez Fundację – imprezy gwiazdkowe, Dzień Dziecka, Światowy Dzień Cukrzycy itd.
Oboje w międzyczasie mieli różne związki. – Ale zawsze była między nami chemia – mówi Dorota. W pewnym momencie znajomości oboje byli bez partnerów – on nie miał akurat dziewczyny, a ona chłopaka. To był okres, kiedy spotykali się dosyć często. Umówili się na randkę – to nie miało być nic poważnego… po pół roku zamieszkali ze sobą. Po roku Adam się oświadczył.

Gorzko, gorzko
Suknię Dorota miała białą. Na czas uroczystości odpięła pompę insulinową. Adam swoją schował do kieszeni spodni klasycznego ciemnego garnituru. Buty Adam miał też klasyczne (i wcale nie pożyczane ;). Suknia mimo, że bez trenu, ledwo przetrwała wesele – cały tiul się porwał. Adam wspomina ten dzień jako najlepszą imprezę w ich życiu. – Dużo uśmiechu i spokoju – mówi.

Słodko, słodko
Do tej pory pediatrzy się dziwią, gdy w dokumentacji swoich dzieci w rubryce „obciążenia rodzinne” wpisują: ojciec: cukrzyca typu 1, matka – cukrzyca typu 1.
Tata Doroty, gdy zaczęli się spotykać z Adamem, też miał pewne obawy – jedna cukrzyca by wystarczyła, po co dwie?
Oni do planowania dzieci podeszli poważnie. Postanowili porozmawiać z lekarzami. Pani doktor zapytała Dorotę wprost: „Czy jeśli powiedziałabym teraz Pani, że dziecko na 100% będzie miało cukrzycę to, czy zrezygnowałaby Pani z macierzyństwa?”. Oczywiście, że nie! To rozwiało ich wątpliwości. Z drugiej strony, jeśli akurat ich dziecko miałoby zachorować na cukrzycę, to nie mogłoby lepiej trafić. – Bo gdzie będzie miało lepiej niż u nas? Kto będzie potrafił się nim zaopiekować lepiej niż my? – pyta Dorota.
Nie znaczy to, że się nie boi. Niedawno oboje mieli podejrzenie, że starszy syn – Tomek – ma cukrzycę. Często siusiał. Objaw ten kojarzył się jednoznacznie. Do tego ketony w moczu. Cały weekend przepłakany. Panika. Na szczęście okazało się, że to tylko lekkie zapalenie pęcherza moczowego, a ketony w moczu to ketony głodowe – Niektórzy tak mają – mówi Dorota – ja w ciąży tak miałam. Rano miałam ketony, ale to wynikało z tego, że wieczorem za mało zjadłam. Więc nasze dziecko jest w tej niewielkiej grupie, w której te ketony się pojawiają.
Obecnie można wykonać u dziecka z obciążeniem cukrzycowym w rodzinie badanie na obecność przeciwciał, które wskazują na ryzyko wystąpienia cukrzycy w najbliższym czasie – u dzieci Niedziałków jest ono zerowe.

Specjalne przywileje
Dorota na cukrzycę zachorowała w wieku 7 lat. – Nie pamiętam tego. Dla mnie najwidoczniej nie miało to znaczenia – to zasługa moich rodziców, którzy mieli świetne podejście i dobrze mnie ułożyli w tej chorobie. Nigdy nie był to dla mnie powód do wstydu czy temat tabu.
Z powodu cukrzycy Dorota popłakała się tylko raz w życiu. A było tak: Przyjęto ją do szpitala. Gdy pielęgniarka zobaczyła w progu pogodną dziewczynkę, zawołała: „O! Jesteś jedyną dziewczynką, która nie płacze!” – I wtedy się rozryczałam – śmieje się Dorota.
Cukrzycę z dzieciństwa pamięta jako możliwość zjedzenia kanapki podczas lekcji i wychodzenia do toalety w każdej chwili. – Inni nie mogli, ja mogłam!


Dwie osoby, dwie cukrzyce
Odkąd zaczęli się spotykać oboje zawsze dbają o to, żeby mieć przy sobie coś słodkiego – dla tej drugiej osoby. – Wcześniej chodziło tylko o mnie, więc myślałam „Dobra, kupię w sklepie, przecież zdążę, nigdy się nie zdarzyło, żebym nie zdążyła” – mówi Dorota. – Gdy zaczęłam się spotykać z Adamem pojawiła się potrzeba zabezpieczenia tej drugiej osoby.
Każdy z nich ma swój system prowadzenia cukrzycy, na przykład Dorota jest zwolenniczką bolusów przedłużonych, Adam natomiast woli sobie dostrzyknąć insulinę po pół godzinie, czuje się z tym bezpieczniej.
Gdy Dorota była w ciąży oboje mieli bardzo dobre cukry. Jako przyszła matka dbała o siebie – 10 pomiarów dziennie to była norma. Adam też wtedy zaczął bardziej się pilnować. – Bo to tak jest – mówi Dorota – gdy jedno wyjmuje glukometr, drugie od razu sobie przypomina „O, faktycznie też sobie zmierzę”. W restauracjach zawsze konsultują, na ile robić sobie insulinę, w domu nie. – Chyba, że Adam ma za niski cukier, to wtedy dostaje ode mnie ochrzan, że dał za dużo insuliny. Nie ukrywam, że mu się wtedy obrywa. Ale to działa też w drugą stronę – ja również w takim przypadku otrzymuję reprymendę – opowiada Dorota. – Mąż przy niskim cukrze, staje się nerwusem. Okropny jest! – śmieje się Dorota – znam przyczynę, więc mówię. „Adam masz za niski cukier”. „Sama masz niski!”. Za chwilę przychodzi „Dobra, mam niski, muszę coś zjeść”. Mnie z kolei nerwy dopadają jak mam wysoki cukier – gdy zaczynam pyskować, to on wie od razu, że muszę sobie zmierzyć. To właśnie jest fajne, że szybko się wyłapuje te objawy.

Cukrzyca jako atut
Jakie są według Was plusy i minusy związku, w którym dwie osoby mają cukrzycę? – pytam. – Plusy? – zastanawia się Adam. – Żona dokładnie wie, że niski cukier powoduje u mnie dużą nerwowość i zna to uczucie. Każde z nas wie jak pomóc drugiemu i nie musimy niczego tłumaczyć. Minusy: czasem oboje mamy złe cukry i wtedy kłótnia gwarantowana!
– Minusem jest to, że ta cukrzyca jest. Wiadomo, lepiej, gdyby jej nie było – mówi Dorota – ale nam cukrzyca nigdy nie przeszkadzała. Chyba mąż bardziej się buntował – był starszy, gdy zachorował – miał 11 lat – więc dla niego to był większy szok. Dla mnie to było jak mycie zębów. Nie dyskutuje się z tym, że trzeba umyć zęby. Cukrzyca nie jest żadnym wyznacznikiem człowieka, więc nie postrzegam jej w kategoriach plusów i minusów – chociaż dla mnie jest chyba bardziej atutem, bo się przydaje w zawodzie, który wykonuję – jestem przedstawicielem medycznym. Dzięki cukrzycy mam większe pojęcie o medycynie, lepszy kontakt z lekarzami, przyzwyczajenie do przychodni. W sumie to śmieszne, ale dla mnie cukrzyca to same plusy – np. mąż ma działalność gospodarczą – z powodu cukrzycy płaci mniejszy ZUS – toż to plus. Nie jest duży, ale to zawsze plus (śmiech). Nas, jakby nie było, połączyła cukrzyca, więc bylibyśmy niesprawiedliwi, gdybyśmy zaczęli na nią narzekać. Tak mi się wydaje – mówi Dorota.

Tags

You may also like...

0 thoughts on “Dwa śluby, dwie cukrzyce”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *