Wywiad o tym, jak księgowy został pisarzem, a z błędów w tekście powstała bajka


Niedawno ukazała się książka dla dzieci autorstwa Łukasza Olszackiego. Że nie znacie? Oj, znacie, znacie: Łukasz wymyśla scenariusze komiksu o Szugar Friku, pisze regularnie recenzje dla „Szugarfrika”, a czasem wynajduje sławne osoby z cukrzycą i popełnia na ich temat artykuł

Podobno nasz „Szugarfrik” poniekąd zainspirował Cię do napisania książki? Jak to dokładnie było?
Łukasz Olszacki: Nawet nie „poniekąd”, lecz „wprost”. Książka jest rozwinięciem jednego z pomysłów na komiks. Chodziło w nim o to, że Frik dostrzega w komiksie mnóstwo błędów ortograficznych i szybko okazuje się, że odpowiada za nie chochlik drukarski, który ukrył się pod obrazkiem. Ten pomysł bardzo mi się spodobał, dlatego postanowiłem go przenieść do świata bajkowego, gdzie występują smoki, księżniczki i błędni rycerze.

Napisanie książki to jedno, ale wydanie jej, to już trochę inna sprawa – jak Ci się to udało?
Ł.O.: Książkę pisałem z myślą o jednym z konkursów na książkę dla dzieci. Co prawda nie zdobyłem na nim wyróżnienia, ale miałem w ręku gotowy tekst. Trochę go poprawiłem z myślą o wysłaniu bezpośrednio do wydawnictw, zbierałem różne opinie i wtedy dowiedziałem się o kolejnym konkursie – czyli konkursie im. Astrid Lindgren organizowanym przez fundację „Cała Polska czyta dzieciom”. Zostałem wyróżniony, w kategorii książki dla dzieci od 0 do 6 lat. Nagrodą było wydanie książki.

Co robisz poza pisaniem książek?
Ł.O.: Od pół roku próbuję wcielić w życie ideę pracy poza etatem, jestem freelancerem. Na razie mi się to udaje, ale nie wiem jak długo jeszcze wytrzymam. Generalnie poruszam się w świecie filmowo-telewizyjnym, piszę scenariusze do pewnego specyficznego gatunku telewizyjnego, rozwijam też kilka innych projektów telewizyjnych i filmowych.


Wymyślasz przygody Szugar Frikowi, piszesz recenzje, do tego współpraca z TV – jak na tym tle pisało Ci się książkę dla dzieci?
Ł.O.: Było to doświadczenie bardzo oczyszczające. Nie tak dawno temu skończyłem scenariopisarstwo na łódzkiej filmówce, gdzie zostałem – jak chyba każdy student tej szkoły – dość mocno „przetargany”. Było to cenne doświadczenie, choć zaowocowało pewną blokadą. Pisanie książki dla dzieci było dla mnie powrotem do dziecięcej radości z wymyślania i opowiadania historii. Bardzo mi pomogło.

Ile czasu zajęło Ci napisanie całości?
Ł.O.: Może trzy tygodnie? Szczerze mówiąc, nie pamiętam. Książka nie jest długa, więc nie spędziłem nad nią zbyt dużo czasu. Trzy tygodnie pisania i poprawiania, drugie tyle wymyślania.

O sposobach pisarzy na pisanie i mobilizowanie się do pracy, krążą legendy – jedni wyznaczają sobie godzinową marszrutę niczym w biurze – od 8 do 16, inni czekają na wenę lub piszą ciągiem od rana do nocy. Istotną rolę odgrywają przedmioty – ulubione pióro czy słynne notesy moleskine’a (choć to już chyba pieśń przeszłości). Jak pisanie wyglądało u Ciebie?

Ł.O.: Kiedy pisałem tę książkę nie mogłem pozwolić sobie na marszrutę. Po prostu pisałem, kiedy miałem czas. To mnie chyba najbardziej mobilizowało – wiedziałem, że mam wolne tylko dwie godziny danego dnia i mogłem spędzić je na pisaniu albo, na przykład, na przeglądaniu zawartości stron internetowych. Wygrywało pisanie. Poza tym – nie mam żadnych ulubionych piór czy notesów, żadnych znaczących rytuałów. Jestem ja, klawiatura i ekran komputera. Nic ponadto.

Książkę ilustrowała Jola Richter-
-Magnuszewska – jak zareagowałeś, gdy pierwszy raz zobaczyłeś ilustracje? Czy pisząc podobnie wyobrażałeś sobie bohaterów?

Ł.O.: Współpraca z Jolą była specyficzna. Właściwie, to ja uczyniłem ją specyficzną. Z tego względu, że postanowiłem się jej w ogóle nie narzucać. W sensie – W OGÓLE. Nie sugerowałem, nie pilnowałem, nie akceptowałem, nie stałem nad głową, nie sprawdzałem jak idą prace i tak dalej. To znaczy – znałem jej ilustracje i wiedziałem, czego się mogę spodziewać. Uważam, że jest genialną ilustratorką i wiedziałem, że tego nie zepsuje. Natomiast w sferze koncepcji dałem jej absolutnie wolną rękę. I okazało się, że to była dobra strategia. Jola stworzyła fantastyczne ilustracje, dodała dużo od siebie, wypełniła je niezwykłymi smaczkami. Wiem, że Jola świetnie się bawiła robiąc te obrazki i mam wrażenie, można tę radość wyczuć, kiedy obcuje się z tymi ilustracjami.

Który z bohaterów jest Twoim ulubionym?
Ł.O.: Dobre pytanie. Oczywiście kocham ich wszystkich. Ale jeżeli miałbym już wskazać jednego, to wybrałbym kruka, postać trzecioplanową. Lubię jego nastawienie do świata.

Będą dalsze części lub kolejne książki?

Ł.O.: Kolejne książki oczywiście tak. Co do kolejnych części – zobaczymy.

Czy planujesz zmierzyć się z książką dla dorosłych?
Ł.O.: Jeżeli poczuję taką potrzebę, to pewnie tak. Na razie nie czuję. Pisanie książek dla dorosłych to ciągłe mierzenie się z przyzwyczajeniami, z oczekiwaniami, z konwencjami i gatunkami. To dość ciężki bagaż do uniesienia. Wszystkie te kwestie w literaturze dziecięcej znikają, przynajmniej tak to widzę. Dla autora sytuacja jest klarowna – działasz na emocjach, albo opowiadasz ciekawie i dzieci cię „kupują”, albo nudzisz i dzieci przestają czytać. Proste. Dlatego – na razie wolę pisać dla dzieci. To zdecydowanie fajniejsza zabawa.

Na łamach „Szugarfrika“ ostatnio gościliśmy dwie młode osoby, które piszą do szuflady i marzy im się wydanie własnej książki – jakie miałbyś dla nich rady?
Ł.O.: Wyjąć teksty z szuflady i wysyłać, gdzie tylko się da. Wydawcy nie są tacy straszni i nie gryzą, a feedback z ich strony jest bezcenny. W dodatku organizowana jest cała masa konkursów – nie tylko z dziedziny literatury dziecięcej. Jest to idealna szansa, by zmierzyć swój talent ze światem. A mój przykład wskazuje, że można być absolutnym debiutantem i przekonać do siebie profesjonalne jury.

Czy masz już za sobą konfrontację z pierwszymi reakcjami Czytelników?
Ł.O.: Powiem tak – pierwsze eksperymenty na dzieciach wypadły pomyślnie. Generalnie książka wywoływała uśmiech, co było dokładnie moim zamierzeniem. Widzę też, że historia podoba się dorosłym, co znowu mnie bardzo cieszy. No i tytuł. Zapada w pamięć wszystkim, choć mało kto jest w stanie go powtórzyć.
Jestem zadowolony z reakcji.

Jakie książki czytałeś w dzieciństwie, jakich autorów czytasz teraz?

Ł.O.: Miałem trzy główne zajawki literackie. Pierwsza to seria o Panu Samochodziku. Był to dla mnie absolutny czad. Niedawno wróciłem do tych książek, choć powrót okazał się dość rozczarowujący, no cóż, tak bywa. Druga zajawka to seria o Muminkach. Zresztą, do tej serii także wróciłem po latach i to doświadczenie akurat wspominam pozytywnie. Ciekawym odkryciem jest dowiedzieć się, że książka, w której zaczytywałem się w dzieciństwie, czyli np. „Tatuś Muminka i morze” tak naprawdę opowiada o walce z depresją… Trzecią zajawką jest książka Janusza Domagalika „Pięć przygód detektywa Konopki” – jak dla mnie nieodkryte arcydzieło polskiej literatury dziecięcej. Były też oczywiście komiksy – „Kajko i Kokosz”, „Tytus, Romek i A’Tomek” oraz komiksy Baranowskiego.
A dziś czytam, co mi wpadnie w ręce. Ostatnio zachwyciłem się „Królem” Twardocha oraz współczesną historią Polski napisaną przez Roberta Krasowskiego.

Dopiero co wydałeś swoją pierwszą książkę, ale jak myślisz – czy z pisania w Polsce da się wyżyć?

Ł.O.: Moje skromne doświadczenia wskazują, że raczej nie da się utrzymać z pisania książek. Ale, co ja tam wiem?

Kim chciałeś zostać w dzieciństwie?
Ł.O.: Pewnie Foxem Moulderem. Albo Markiem Citko.

Rozmawiała Anna Michnikowska

Tags

You may also like...

0 thoughts on “Wywiad o tym, jak księgowy został pisarzem, a z błędów w tekście powstała bajka”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *