Mistrz olimpijski z cukrzycą

Gdy usłyszał diagnozę: cukrzyca typu 1, zadzwonił do swojej ówczesnej dziewczyny, dziś żony – Kamili: – Chyba powinienem zostać cukiernikiem. – Dlaczego? – zapytała. – Bo mam tak dużo cukru, że nic tylko interes otwierać – odrzekł Michał Jeliński.

Cukrzycę zdiagnozowano u niego w wieku 23 lat. Trzy dni po tym, jak na swoich pierwszych mistrzostwach świata w kategorii seniorów zdobył 13. miejsce – niewiele brakowało, bo 11 pierwszych osad kwalifikowało się na igrzyska olimpijskie.
Rozmawiamy podczas dwudniowych warsztatów ACTIVEdiabet organizowanych przez Michała Jelińskiego we współpracy z Kołem Dzieci Chorych na Cukrzycę w Olsztynie. Podczas jednego z wykładów psycholog zwróciła uwagę na słabe, od strony psychologicznej, przygotowanie lekarzy do przekazywania diagnozy cukrzycy typu 1.

Michał Jeliński: To prawda – jest tak, jak mówiła pani psycholog: świat ci się wali, a ty dostajesz informację, od której strony stopa ci zgnije – bo to jest akurat kluczowe w tej chorobie. Najważniejsze po prostu w tym momencie!
Jak to było u mnie? Po usłyszeniu diagnozy przeżyłem szok, to było jak uderzenie młotem. Z drugiej strony cieszyłem się, że wiem, co mi jest. Kryzys przyszedł później. Na początku… no cóż – insulina to hormon anaboliczny – dla sportowca nawet lepiej (śmiech). Siłą rozpędu zacząłem działać, a potem się okazało, że nie jest to takie proste.

Kiedy przyszedł kryzys?
M.J.: Może nie nazwałbym tego kryzysem, ale najgorszy był moment powrotu do insuliny po półtoramiesięcznej remisji. Przez ten czas zrezygnowałem z zastrzyków, cukry miałem do 150. Jak chyba każdy, zacząłem wierzyć, że może będzie OK, że da się bez insuliny. Przez te 6 tygodni odzwyczaiłem się od zastrzyków. Pamiętam, że nadchodziły Święta Bożego Narodzenia, a u mnie remisja się skończyła, musiałem wrócić do insuliny.

Mimo cukrzycy postanowiłeś trenować dalej – czy to była trudna decyzja?
M.J.: Nie miałem wyjścia. To nie było żadne bohaterstwo. Byłem sportowcem i innego miejsca dla siebie nie widziałem. Nie mogłem nic innego zrobić. Musiałem spróbować, musiałem trenować dalej. Nawet, jeśli nie udałoby mi się wyczynowo, to pewnie cały czas coś bym w tym sporcie robił. Tym bardziej, że od razu zauważyłem, jaki wpływ na cukry ma dzień spędzony na treningu, a jaki dzień spędzony na kanapie. Było dla mnie oczywiste, że chcąc nie chcąc, muszę się ruszać.

Czy lekarz odradzał Ci wyczynowy sport?
M.J.: Gdy powiedziałem mu, że uprawiam sport, powiedział, że nie widzi przeszkód, ale gdy mu wyjaśniłem, że trzy dni temu prawie otrzymałem kwalifikację na igrzyska olimpijskie i za rok będę dalej próbował, to oczy mu się otworzyły i stwierdził, że musi mi wszystko wyjaśnić od początku do końca. Dał mi do zrozumienia, że owszem jest to do zrobienia, ale ostrzegł, że wkład mojej pracy może być marnotrawiony przez cukrzycę. Choćby to, że np. po nocy czy dniu ze złymi cukrami nie będę tak zdolny do maksymalnego wysiłku. Wiadomo, lepiej startować po dobrze przespanej nocy niż po nocy z incydentami hipoglikemii.

Myślałeś wtedy, że zdobędziesz olimpijskie złoto?
M.J.: Nieee! Ja wtedy byłem kilka dni po nieudanych mistrzostwach świata. Byłem blisko zdobycia raptem kwalifikacji na igrzyska olimpijskie. Podczas samych zawodów czułem się już naprawdę źle. Bo o ile już wcześniej wyniki badań wskazywały na to, że cukry są za wysokie, to trenowałem bardzo intensywnie: raz–dwa razy dziennie i te cukry zbijałem. Jednak już sam wyjazd na mistrzostwa był związany z podróżą, czyli dodatkowym stresem, więc cukry rosły. Poza tym podczas lotu i później na miejscu więcej się odpoczywa niż trenuje. To w połączeniu ze stresem związanym ze startem kumulowało się. Chudłem w oczach, a ponieważ było tam bardzo gorąco, tłumaczyłem sobie, że to nerwy, odwodnienie itd. Teraz wiem, że całe te regaty przepłynąłem na wysokich cukrach. Gdy wróciłem i poszedłem do diabetologa to cukier na dzień dobry miałem 420. Z jednej strony szok, z drugiej myślałem: „OK, przynajmniej wiem już dlaczego od kilku miesięcy tak się źle czułem”. Jest diagnoza, jest lek, znaczy insulina, zobaczymy jak to będzie.” I od razu taka myśl: Jeżeli z wysokimi cukrami, bez jakiejkolwiek kontroli, bez niczego, potrafiłem funkcjonować, to teraz, jak już mam glukometr, to może być tylko lepiej, więc dlaczego mam rezygnować? Czy bałem się, że mnie środowisko odrzuci? Chyba nie. Każdy wioślarz zna postać Steve’a Redgrave’a – pięć razy z rzędu zdobył olimpijskie złoto – może nie każdy wiedział, że jest cukrzykiem. Choć, jeszcze zanim otrzymałem diagnozę, lekarze od razu mi powiedzieli: „Pamiętaj, że nawet jeśli to będzie cukrzyca, to Redgrave trenował dalej, medal zdobył, więc jak jego nie powaliło, to dlaczego ty masz nie spróbować”.

Kiedy uwierzyłeś, że faktycznie medal olimpijski jest w zasięgu Twoich możliwości?
M.J.: Po diagnozie miałem czasem lepsze, a czasem gorsze dni. Byłem na dorobku, na początku mojej drogi i dopiero, gdy rok później zakwalifikowaliśmy się na Letnie Igrzyska Olimpijskie w Atenach w 2004 r., odetchnąłem i uwierzyłem w swoje możliwości – miałem czarno na białym, że pojadę na igrzyska i co by się nie działo, to będę tym olimpijczykiem. Trenowałem już 10 lat i nawet, jeśli skończyłbym trenować po olimpiadzie, to coś tam osiągnąłem. Na igrzyskach w Atenach (rok po diagnozie) zajęliśmy przedostatnie 13. miejsce, ale samo znalezienie się na tej liście, bycie 13. na świecie, oznaczało bycie w elicie. Wiem jak gęste jest sito, przez które trzeba przejść, by pojechać na igrzyska – to był ogromny sukces. Rok później pojawiła się szansa aplikowania do czwórki, która była wtedy od lat najszybszą osadą. Do tej czwórki byłem przymierzany w 2001 i 2003 r. Nie ukrywam, że marzyłem o tym. To było jak przejście z II ligi do ekstraklasy – dwie klasy rozgrywkowe wyżej. I tak się stało, że dwóch chłopaków zostało w tej czwórce ze starego składu, a dwóch było nowych – właśnie ja i Konrad Wasilewski. W pierwszym roku zostaliśmy mistrzami świata. Tak więc z jednej strony zdiagnozowano u mnie cukrzycę, z drugiej zaś pojawiła się przede mną ogromna szansa i tak się złożyło, że wszystko, co zdobyłem w sporcie, zdobyłem jako pacjent.

Jak godziłeś wyczynowy sport z chorobą?
M.J.: Każdy pacjent wie, że sporty, aktywność fizyczna jest wskazana przy cukrzycy, ale do pewnej granicy. Na przykład zaleca się, by tętno nie przekraczało 160/min. Ja się z tym zgadzam, ale ktoś, kto ma cele sportowe ustawione bardzo wysoko, musi się na treningu upadlać, podnosić ten maksymalny poziom. Dlatego dla mnie nie było do przyjęcia, że mam ćwiczyć do określonego tętna, bo nie osiągnąłbym niczego. Tłumaczyłem sobie, że skoro mistrz olimpijski w wioślarstwie jest cukrzykiem, to on też musiał przekraczać swoje granice – sam byłem wioślarzem i wiem, że nie ma tu granic. Steve Redgrave czy Garry Hall, pływak, który zdobył 5 złotych medali olimpijskich byli dla mnie namacalnym potwierdzeniem tego, że można te dwie rzeczy pogodzić – wyrównanie (chorobę) i sport wyczynowy.

Jak pamiętasz dzień zdobycia olimpijskiego złota?
M.J.: Nerwy przed startem… to było apogeum stresu! Większego nie można sobie wyobrazić. Przesadzałem oczywiście, bo mierzyłem cukier co 10, co 15 min, choć wiedziałem, że nic się nie dzieje. Nie dopuszczałem do spadków, ale też nie wprowadzałem się świadomie w wysokie cukry, choć wiadomo, że lepiej mieć tę glikemię podwyższoną niż zbyt niską. W ciągu kilku godzin, cukier zmierzyłem kilkanaście razy. Po samym wyścigu – to była euforia… i taki oddech. Koledzy też potwierdzą, że bycie trzykrotnym mistrzem świata z rzędu to ogromne brzemię. Jedzie się na igrzyska i się czuje tę presję, bo nawet jeśli zdobylibyśmy srebrny medal, to byłby ogromny sukces, wpisalibyśmy się na lata, na wieki do historii, ale oceniając to na chłodno, zadawalibyśmy sobie pytanie: dlaczego nie potrafiliśmy tego złotego medalu zdobyć na igrzyskach, skoro trzy razy z rzędu byliśmy najlepsi na świecie. I to była ta presja, z którą należało się zmierzyć i największym naszym sukcesem było to, że daliśmy radę to zrobić.

Skąd pomysł na organizację warsztatów ACTIVEdiabet?
M.J.: To przyszło naturalnie. Jadąc do Aten jako cukrzyk, miałem świadomość, że coś w życiu osiągnąłem jako człowiek, jako zawodnik i jako pacjent. Byłem z tego dumny, ale miałem świadomość, że byłem jednym z 205 polskich sportowców. Jedynym co prawda cukrzykiem, ale jednak, gdzieś tam daleko z tyłu.
Po olimpiadzie w Pekinie był zupełnie inny oddźwięk. Nawet mistrzostwa świata nie odbiły się takim echem. Igrzyska olimpijskie to wydarzenie wyjątkowe, a co dopiero złoty medal cukrzyka. Jestem dopiero trzecim cukrzykiem, który zdobył olimpijskie złoto, trzecim sportowcem na tej planecie, który może się tym tytułem poszczycić. Od razu poczułem, że to coś wielkiego. Odezwało się do mnie bardzo wielu ludzi. Każdy chciał oczywiście pogratulować, ale też podzielić się swoimi doświadczeniami mejlowo czy telefonicznie. Były historie młodych rodziców, którzy dosłownie przed chwilą dowiedzieli się, że ich kilkuletnie dziecko choruje na cukrzycę – cały świat się im zawalił, a tu ktoś mówi im, że jest taki Jeliński, co medale zdobywa – to chyba nie jest koniec świata? Otrzymywałem mnóstwo ciepłych słów, podziękowań, które były dla mnie inspiracją. Wiedziałem, że nie wypada mi już pewnych rzeczy robić i spocząć na laurach. Miałem w życiu sporo szczęścia, choćby to, że się w tej, a nie innej osadzie znalazłem, że gdzieś tam moje losy tak się potoczyły. Chciałem losowi się za to odwdzięczyć. Póki trenowałem wyczynowo, nie miałem czasu nawet dla rodziny, a co dopiero na szerszą aktywność. Od dwóch lat nie trenuję wyczynowo i projekt, który we mnie dojrzewał, nabrał realnych kształtów. Udało mi się przekonać Ministerstwo Sportu, by doceniło „upowszechnianie sportu w rodzinie i grupie środowiskowej” i tak powstał ACTIVEdiabet. Chcę to rozwijać, a w którą stronę to pójdzie – zobaczymy.

Jakie cele sobie stawiasz, jako organizator?
M.J.: Wychodzę z założenia, że człowiek z natury jest leniwy, woli wygodę, więc tego ruchu mamy za mało. Spójrz na te dzieci… (na przeciwko na boisku najmłodsi uczestnicy warsztatów grają w kosza, bawią się w berka, dwie dziewczyny w ubraniu wchodzą do jeziora. „A pompa zdjęta?” – krzyczy Michał nie przerywając wywiadu) …dzieci naturalnie mają w sobie dużą żywotność, ruchliwość, która w pewnym momencie zanika. Pytanie, co zrobić, by ten okres przedłużyć. To jest wyzwanie. Jestem ostatnią osobą, która będzie namawiać do kariery w sporcie wyczynowym, raczej zachęcałbym do sportu w kategoriach przyjemności, zdrowego trybu życia. O tym staram się mówić, bo wydaje mi się, że tak jest najłatwiej. Lepiej mieć cukrzycę, niż cukrzycę i kilka innych przypadłości.
Na warsztaty staram się zapraszać najlepszych specjalistów: psychologów, lekarzy, którzy podzielają moją wizję wsparcia, rozwoju, edukacji i reedukacji – takiego kompleksowego podejścia. Nie można mówić tylko o aktywności albo tylko o wyrównaniu czy odżywianiu – wszystko się łączy. Przez lata uczyłem się na sobie, bo sport wyczynowy wymaga zadbania o siebie – chodzi zarówno o przygotowanie fizyczne, technikę, dobre odżywienie, odpoczynek, czyli czas na regenerację, a także o spokój i psychiczną pewność siebie. Podczas warsztatów staram się takie myślenie rozwijać – o sporcie, wokół sportu, ale nie tylko, bo wszystkie rzeczy naokoło są kluczowe w tej chorobie – i dieta, i samokontrola, i wiedza.

Jakie jest na co dzień Twoje podejście do cukrzycy?
M.J.: Czasem się zwyczajnie wkurzam, bo mi cukier spadnie albo skoczy lub mam kolejną gorszą noc. Nie muszę mówić, jakie cukrzyk może mieć przygody związane ze zgubieniem pena, z zakupem insuliny – sytuacje, z którymi każdy pacjent spotka się wcześniej czy później. Najbardziej wkurzające jest takie codzienne, ludzkie zmaganie się z tym choróbskiem, ale oczywiście jak sobie przypomnę o tym medalu, to jest mi lżej. Przeczytałem ostatnio o sobie na forum: „Aaaa, Jelińskiemu to łatwo, bo ma pewnie opiekę lekarza dostępnego dzień i noc, wszystko podane na tacy, rozpracowane, specjalistów na zawołanie…” Tak oczywiście nie jest, bo w każdym sporcie harówa, ciężki trening to podstawa, a to że ktoś jest dobrze wyrównany nie oznacza, że będzie z niego dobry sportowiec. To jest dopiero fundament, na którym można coś zbudować. Ale trzeba próbować!

Tags

You may also like...

0 thoughts on “Mistrz olimpijski z cukrzycą”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *