Cukrzyca – sprawdzian dla… rodziców i nauczycieli

Cukrzyca typu 1 jest obecnie najczęstszą chorobą przewlekłą okresu dziecięcego. W konsekwencji coraz więcej szkół, przedszkoli, a nawet żłobków staje przed wyzwaniem opieki nad małymi diabetykami.
I ciągle na tym polu dochodzi do wielu konfliktów.

W ciągu ostatnich dwóch lat przeprowadziłam ponad 30 szkoleń dla nauczycieli oraz wychowawców przedszkolnych z zakresu sprawowania opieki nad dzieckiem z cukrzycą. Na podstawie tych doświadczeń mogę stwierdzić, że każda placówka jest nieco inna, inaczej reaguje na fakt pojawienia się w swoich szeregach ucznia z cukrzycą, inaczej też rozwiązuje kwestie organizacyjne
i logistyczne, jak zapewnienie dziecku bezpieczeństwa a nauczycielom komfortu pracy. Niezależnie od wszystkiego uważam, że kluczem do sukcesu jest dobra komunikacja pomiędzy rodzicami (rzecz dotyczy młodszych uczniów, ci starsi
z cukrzycą radzą sobie samodzielnie), a personelem przedszkoli i szkół. Niestety obie strony równie często test z komunikacji oblewają. A ponieważ nie jestem ani rodzicem dziecka z cukrzycą, ani nauczycielem, pozwolę sobie na kilka uwag „z dystansu”, jak wg mnie optymalnie przygotować się do akcji pod kryptonimem „dziecko z cukrzycą w szkole”.

Drugie wrażenie

Bardzo często już pierwszy kontakt z daną osobą, albo też pierwsze reakcje znanych nam osób na zupełnie nową sytuacją, budują w naszej głowie obraz tej osoby lub tej sytuacji. W końcu mówi się, że najważniejsze jest pierwsze wrażenie. Kiedy jednak rodzic zaczyna rozmowę ze szkołą lub przedszkolem na temat swojego dziecka, które ma cukrzycę i chciałoby lub będzie chodziło do danej placówki, radzę nie przejmować się pierwszym wrażeniem. Ono z reguły jest niekorzystne. Tak jak żaden rodzic nie przyjął diagnozy cukrzycy u swojego dziecka z otwartymi ramionami, tak nie powinien tego oczekiwać od szkoły. Po prostu, szkoły boją się zarówno odpowiedzialności, jak i zmian. Dlatego w pierwszym odruchu zwykle można wyczuć pewien opór. Nawet niewerbalny. Niestety po drugiej stronie jest rodzic, którym targają różne emocje, który podświadomie oczekuje, że skoro spotkało go takie nieszczęście, w postaci przewlekłej choroby dziecka, to cały świat powinien go wspierać, a nie rzucać mu kłody pod nogi. Tymczasem naprawdę pewna niechęć jest wręcz naturalna
i nie ma się co nią przejmować. Pytanie, co będzie dalej? A dalej bywa różnie. Część szkół szybko podchodzi do tego zagadnienia zadaniowo i szuka rozwiązań, a część „marudzi” i mniej lub bardziej otwarcie, stara się zniechęcić rodziców do posyłania dziecka do swojej placówki. Co ciekawe, marudzą zazwyczaj ci, którzy wiedzą, że mogą. Jeśli uczeń trafia do swojej szkoły rejonowej, to ta wiedząc, że musi go przyjąć, nawet nie próbuje się z tego obowiązku wymigać. Uczciwie trzeba przyznać, że choć problemy z przyjęciem dziecka do placówek nadal się zdarzają, i nadal zdarzają się sytuacje, że to na rodzica spychana jest odpowiedzialność za „ogarnianie” cukrzycy, to jednak znaczna część szkół i przedszkoli dobrze zdaje ten egzamin. W mniejszości są te, które stawiają opór.

Bądź dyplomatą

Kiedy jest najtrudniej? Kiedy rodzic zaczyna rozmowę z dyrektorem szkoły od słów: „moje dziecko jest nieuleczalnie chore, w każdej chwili jego zdrowie
i życie jest zagrożone, bo może stracić przytomność, a wtedy będzie wymagało podania leku w zastrzyku i proszę, żebyście państwo wszyscy byli na to gotowi”. Rodzic, który chce, aby szkoła dobrze z nim współpracowała musi wykazać się dyplomacją. Nawet jeśli sam jest przestraszony i niepewny – bo jego własne doświadczenie z cukrzycą jest jeszcze niewielkie, nie może tego strachu przenosić na szkołę. Powinien wręcz robić dobrą minę do złej gry
i podkreślać, że skoro rodzina radzi sobie z cukrzycą dziecka, to poradzi sobie też szkoła. To nie jest aż tak skomplikowane. Oczywiście musi powiedzieć o wszelkich zagrożeniach wynikających z cukrzycy, ale naprawdę można to zrobić w taki sposób, że szkoła czy przedszkole potraktują to jako warte wysiłku wyzwanie, a nie zamach na ich wolność. Z przeprowadzonych przez siebie szkoleń pamiętam, że nauczyciele z ulgą oddychali w momencie, kiedy mówiłam im, że nikt od nich nie oczekuje podejmowania tzw. decyzji terapeutycznych, dotyczących np. dawki podawanej insuliny. Że ich zadaniem jest jedynie wsparcie techniczne ucznia – pomoc w zmierzeniu cukru,
w odczytaniu wyniku, w ustawieniu bolusa w pompie. Wielu z nich tego nie wiedziała, myśląc, że będzie musiała poznać skomplikowane meandry leczenia, za które na dodatek będzie rozliczana. Jasne podzielenie kompetencji – za leczenie odpowiadają rodzice, z którymi placówka musi pozostawać w kontakcie, a nauczyciele jedynie wspierają ucznia w tych czynnościach, których sam jeszcze nie potrafi wykonać, naprawdę bardzo zmieniało nastawienie i do samego szkolenia i całego „problemu”. Dlatego moja rada dla rodziców brzmi – po pierwsze nie strasz. Nauczyciele bardzo obawiają się incydentów hipoglikemii z utratą przytomności i często o to pytali. Co na to odpowiadałam? Praktycznie w każdej warszawskiej szkole jest uczeń z cukrzycą. Jak często słyszycie Państwo, by odwiedzało je pogotowie na sygnale? No właśnie… Warto to podkreślić po tym, jak szkolimy personel z zakresu podawania glukagonu. Bo oczywiście tę wiedzę trzeba przekazać, ale też warto uspokoić, że najprawdopodobniej nie będzie im ona nigdy potrzebna.

Skazani na siebie

Asertywność to wbrew obiegowej opinii nie jest umiejętność mówienia „nie”.
A przynajmniej nie tylko. Asertywność to świadomość, że ja mam pewne prawa,
i takie same prawa mają wszyscy inni ludzie. Dlaczego o tym piszę w tym kontekście? Bo dziecko z cukrzycą w szkole to transakcja wiązana – dzieci są skazane na szkołę, szkoły na uczniów z chorobą przewlekłą. Dlatego jedna
i druga storna musi nauczyć się podchodzić do tego zagadnienia asertywnie. Nie tylko młody diabetyk ma prawo chodzić do szkoły czy przedszkola, obcować
z rówieśnikami i czuć się bezpiecznie, ale nauczyciele także mają prawo do komfortu w pracy. Tymczasem bardzo często zagadnienie to jest postrzegane
w kategoriach „coś się dzieje moim kosztem”. Albo złamie się rodzic, albo szkoła. Tymczasem tutaj nie może chodzić o złamanie się, tylko o dostosowanie się do sytuacji. Innymi słowy, i szkoła musi coś z siebie dać, i uczeń oraz jego bliscy. Piszę o tym nie bez powodu. Bo choć zwykle to szkoły są przedstawiane jako „te złe”, to do nieprawidłowości dochodzi także po drugiej tronie. Nauczyciele często podnosili problem wykorzystywania cukrzycy do unikania odpowiedzi czy sprawdzianów. Dotyczy to oczywiście starszych uczniów, których, o zgrozo, wspierają w tym rodzice. Czy uczenie swojego dziecka, że każdą złą ocenę można poprawić, argumentując niepowodzenie na kartkówce czy przy odpowiedzi nieprawidłowym cukrem, aby na pewno jest wychowawcze? Cukrzyca nie powinna być wymówką ani dla szkoły, ani dla ucznia.

artykuł ukazał się w numerze 6-7/2016

autorem tekstu jest Małgorzata Marszałek

Tags

You may also like...

0 thoughts on “Cukrzyca – sprawdzian dla… rodziców i nauczycieli”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *