Przeszczep jako metoda leczenia cukrzycy typu 1: Tomek – Ciemne strony przeszczepu trzustki


Tomasz Bekacz miał 32 lata gdy poddał się operacji przeszczepu trzustki. Transplantacja miała mu zapewnić dalsze życie bez cukrzycy, z którą zmagał się od 10 lat. Operacja odbyła się w listopadzie 2015 r. W lutym miał się odbyć jego ślub z Żanetą. W związku z powikłaniami, które nastąpiły po przeszczepie 5 stycznia trafił do szpitala. Zmarł na stole operacyjnym.
Gdy Żaneta poznała Tomka był już zdecydowany na transplantację trzustki. O możliwości przeszczepu dowiedział się od lekarzy w szpitalu w Lubinie. Tam też poznał chłopaka po udanym, jak wtedy przypuszczano, przeszczepie trzustki, który z powodu cukrzycy stracił wzrok i żałował, że wcześniej nie zdecydował się na transplantację. Tomek sam miał już drobne problemy ze wzrokiem związane z retinopatią i neuropatią.Historia poznanego kolegi ostatecznie przekonała go do przeszczepu. Bał się cukrzycowych powikłań. Nie chciał zostać kaleką. Jakiś czas później dowiedzieli się z Żanetą, że u poznanego chłopaka nastąpił odrzut trzustki.

Jakie Tomek miał podejście do swojej cukrzycy?
Żaneta Grabowska: Z opowiadań wiem, że najtrudniej było mu na początku. Później z biegiem lat nauczył się z nią żyć, bardzo dużo czytał o cukrzycy, uczył się na sobie metodą prób i błędów, wiedział bardzo wiele i ja też się od niego sporo nauczyłam. Gdy go poznałam, nie był nadal pogodzony z tym, że ma cukrzycę, myślę że dopiero kiedy zauważył, że ja ją akceptuje i że mi to zupełnie nie przeszkadza, że jest to po prostu częścią naszego wspólnego życia, a nie tylko jego problemem, to zmienił swoje nastawienie. Denerwowało go to, że większość ludzi mówiła „z cukrzycą można normalnie żyć” i ja go pewnym stopniu rozumiem, bo brałam w tym codziennie udział. Owszem, można i trzeba żyć normalnie, ale wiele rzeczy jest podporządkowanych chorobie. Chciałam chociaż trochę go odciążyć. W nocy wstawaliśmy razem, żeby zmierzyć cukier, razem próbowaliśmy rozwikłać zagadkę jego skaczącej czasem bez powodu glikemii. Gotowałam z myślą o cukrach, ważyłam składniki, żeby dobrze obliczyć, ile insuliny należy podać, pilnowałam godzin pomiarów. Można żyć, ale zawsze trzeba było jednak myśleć o kontroli cukrów i uwzględnić to we planach. To, że wszystkiego mnie nauczył, bardzo ułatwiało nam codzienne funkcjonowanie i „panowanie” nad cukrami.

Czytaj również: Przeszczep trzustki: Basia – pół roku bez cukrzycy

Gdzie szukaliście informacji o przeszczepach trzustki?
Ż.G.: Niestety zaufaliśmy całkowicie lekarzom, którzy mówili tylko o dobrych stronach przeszczepu, więc nie szukaliśmy dodatkowych informacji z nieznanych źródeł. Teraz wiem, że to był błąd. Zaczęłam szukać dodatkowych informacji, kiedy siedziałam przy Tomku w szpitalu podczas kolejnych operacji i przeraziłam się.

W jaki sposób rozmawialiście o przeszczepie?
Ż. G.: W sierpniu byliśmy razem w Warszawie na kwalifikacji do przeszczepu i od tamtej pory bardzo często o tym rozmawialiśmy. Baliśmy się, że zadzwonią do nas przed samym ślubem albo co najgorsze – w trakcie. Teraz wiem, że nie wiedzieliśmy zbyt wiele, ale przecież było to dla nas coś, o czym nie mieliśmy pojęcia. Ufaliśmy lekarzom, że poinformowali nas o wszystkim, co powinniśmy wiedzieć. 6 listopada wieczorem około godziny 21. dostaliśmy telefon, że jest dawca, ale trwają jeszcze badania, bo jest Tomek i jeszcze jedna dziewczyna, i sprawdzają komu bardziej będzie ta trzustka pasowała. Wtedy były takie emocje, że mieliśmy nadzieję, że jednak nie będziemy musieli jechać. Niestety przed północą dostaliśmy telefon, że najszybciej jak to możliwe, musimy przyjechać, bo jednak trzustka jest dla Tomka. To jest trudne do opisania, bo z jednej strony sami się na to zdecydowaliśmy i w pewnym sensie czekaliśmy z nadzieją, że Tomek będzie zdrowy, a z drugiej strony wcale nie chcieliśmy jechać. Gdyby wtedy w nocy ktoś nas jeszcze raz zapytał, to być może byśmy zrezygnowali. Ja się strasznie bałam, ale nie chciałam tego pokazać Tomkowi. Chciałam go wspierać, a nie dodatkowo stresować. Nawet nie mieliśmy czasu się zastanawiać, szybko się spakowaliśmy i wyruszyliśmy. Mieliśmy 500 km do Warszawy. Nie wiedzieliśmy, co nas czeka i czego się spodziewać, ale myśleliśmy, że po trudnych pierwszych dniach po operacji będzie tylko lepiej.

Czytaj również: Gosia – Pionierska transplantacja – życie po cukrzycy

O jakich powikłaniach związanych z przeszczepem poinformowali Was lekarze?
Ż.G.: O żadnych. Na rozmowie podczas kwalifikacji do przeszczepu dowiedzieliśmy się tylko tyle, że po przeszczepie będzie w szpitalu około 10 dni i albo Tomek będzie całkowicie zdrowy, jeśli trzustka się przyjmie, albo jeśli będzie odrzut, to wróci do dotychczasowego życia. Oczywiście byliśmy świadomi, że jest to operacja, więc wiadomo, że kilka miesięcy nie będzie mógł dźwigać itp. Dowiedzieliśmy się, że „różnie to bywa, ale z ostatnich 10 przeszczepów 7 się udało”.

Czy ktoś Wam odradzał przeszczep?
Ż.G.: Mama Tomka odradzała mu przeszczep, ale on chciał być zdrowy i uważał, że to jest dla niego szansa. Nie chciał słuchać.

Czytaj również: Komentarz transplantologa

Jakie emocje odczuwałaś przed operacją?
Ż.G.: Nie wiem, co czułam przed samą operacją, na pewno strach, ale też taką wielką niewiadomą, co będzie po operacji. Do ostatniej chwili byliśmy razem. Operacja zaczęła się ok. 11 i trwała niecałe dwie godziny. Byłam cały czas w szpitalu, siedziałam, modliłam się i czekałam. Kiedy przywieźli Tomka próbowałam się czegoś dowiedzieć, ale nikt nie był chętny do rozmowy ze mną. Udało mi się zaczepić lekarza, który operował Tomka, odpowiedział krótko „Wszystko jest dobrze.” I poszedł. Pamiętam, że jakaś pielęgniarka zapytała mnie: „Czemu pani płacze, przecież przeszczep się udał?” Po około godzinie pozwolili mi na chwilę wejść do niego, wtedy się przebudził, zamieniliśmy kilka słów i zasnął. Był w dobrym stanie psychicznym, fizycznie wyglądało to niezbyt dobrze, ale byłam przygotowana, że tak będzie przez kilka pierwszych dni. Lekarze wyszli szybko, pielęgniarki kręciły się dość często. Ja zostałam jeszcze kilka godzin, i jak już widziałam, że sytuacja się ustabilizowała i Tomek cały czas śpi, pojechałam na nocleg. To jest najgorsze, że w szpitalu podczas takich przeżyć nie ma możliwości zostania na noc. Pielęgniarki i lekarze byli różni, niektórzy byli mili, ale było też wiele nieprzyjemnych sytuacji, kiedy wydzierały się na mnie za rzeczy, o których nie miałam pojęcia, i każda miała swoje zasady, to że za szybko przyjeżdżam, że za długo siedzę, że po co mi fartuch, że weszłam bez fartucha itp. Na drugi dzień po przeszczepie przyjechali rodzice Tomka, żeby go chociaż na chwilę zobaczyć. Pielęgniarka zrobiła nam awanturę, że chcemy go czymś zarazić. A przecież nikt nas nie poinformował co wolno, a czego nie. Dla nich to była kolejna operacja i nikt nie przejmował się naszymi emocjami. Tomek każdego dnia czuł się lepiej, ale niestety trzustka nie działała i musiał nadal przyjmować insulinę. Odrzutu nie było. Po kilku dniach dowiedzieliśmy się przez przypadek od pielęgniarki, że zarazili Tomka podczas przeszczepu bakterią wywołującą zapalenie płuc. Miała zostać zwalczona antybiotykiem. Po 10 dniach lekarze podjęli decyzję o usunięciu trzustki i 18 listopada odbyła się operacja.Od przeszczepu to był pierwszy najgorszy dzień, bo nie mogłam przyjechać do szpitala, żeby go zobaczyć – musiał zostać dobę na sali pooperacyjnej. Dzwoniłam co chwilę, żeby się czegoś dowiedzieć i po wielkich trudnościach uzyskałam informację od pani psycholog (jedynej osoby, która wydawała się przejmować naszą sytuacją), że nie usunęli Tomkowi trzustki, bo lekarz podjął decyzję o próbie jej ratowania. Czekałam do rana, żeby móc do niego pojechać, ale najgorsze było przed nami. Rano w drodze do szpitala dostałam telefon od pielęgniarki, którą Tomek wyprosił, żeby do mnie zadzwoniła, że nadal nie mogę przyjechać do szpitala, bo Tomek miał krwotok i kolejną operację, podczas której usunięto jednak przeszczepioną trzustkę. Gdyby nie nasza walka o jakikolwiek kontakt, to nie wiem, czy czegokolwiek bym się dowiedziała. Od 20 listopada codziennie walczyliśmy, żeby jakoś w tym szpitalu przetrwać, ja psychicznie, Tomek i fizycznie i psychicznie. Powiedział mi wtedy, że gdyby mnie nie było przy nim, to już by nie żył. Po trzeciej operacji Tomek bardzo powoli wracał do sił, chcieliśmy tylko, żeby jego stan się ustabilizował i żeby jechać jak najdalej od tego szpitala. 27 listopada został wypisany do domu wg lekarzy w stanie ogólnym dobrym. Wracaliśmy 500 km do domu, tym razem ja prowadziłam, bałam się, że coś mu się stanie po drodze, ale cieszyliśmy się, że wracamy do domu, byliśmy przekonani, że najgorsze już za nami. Wtedy rozmawialiśmy też o ryzyku śmierci, ale myśleliśmy, że to ryzyko już minęło.

Czytaj również: Komentarz diabetologa

Po tygodniu pobytu w domu, 5 grudnia, stan Tomka uległ znacznemu pogorszeniu. Wezwaliśmy karetkę, okazało się, że miał m. in. wypłukane minerały z organizmu i bardzo wysoki wskaźnik stanu zapalnego CRP. Wznowiła się także bakteria, którą zarazili go w Warszawie. Po dwóch tygodniach pobytu w szpitalu w Lubinie jego stan uległ znacznej poprawie i został wypisany do domu 18 grudnia. Od trzeciej operacji w Warszawie nie chciała się też goić rana po trzech operacjach, ropiała i paprała się. Codziennie zmienialiśmy opatrunki i płukaliśmy ranę wg zaleceń lekarzy. W Lubinie wyczyścili mu tą ranę i na nowo zszyli fragment.
Po wyjściu ze szpitala stan Tomka nie pogarszał się, ale też nie widzieliśmy znacznej poprawy. Psychicznie w domu czuł się zdecydowanie lepiej. Od powrotu z Warszawy Tomek miał problemy z jelitami i trawieniem, ale miało to się ustabilizować, więc czekaliśmy, staraliśmy się jeść delikatne i lekkie rzeczy. 4 stycznia zaczął mieć silniejsze bóle, wg niego jelit, i wieczorem zaczął wymiotować. Wezwaliśmy karetkę. Potem wszystko działo się bardzo szybko. Zabrali go do szpitala. Kiedy dojechałam nie pozwolili nam już porozmawiać. Zabrali go na tomograf i od razu na blok operacyjny. Zdążyliśmy tylko wymienić porozumiewawcze spojrzenia kiedy go przewozili do windy. Potem stałam pod blokiem operacyjnym i czekałam. Przyjechali Tomka rodzice. Po około dwóch godzinach wyszedł lekarz i poinformował nas o śmierci Tomka na stole operacyjnym. Okazało się, że miał kolejny krwotok. Krwawienie z tego samego miejsca co w Warszawie, z prawej tętnicy biodrowej wspólnej – w miejscu zespolenia tętniczego, czyli mówiąc potocznie, tam gdzie doczepiali przeszczepioną trzustkę.
Po śmierci Tomka pozwolili mi go jeszcze ostatni raz zobaczyć.
Wróciliśmy do domu. Wszyscy byliśmy w szoku. Nie ma słów, które mogłyby to opisać. Cały czas po powrocie ze szpitala przebywaliśmy z Tomkiem u jego rodziców. Po jego śmierci, zostałam u nich jeszcze jakiś czas, razem to przeżywaliśmy. Musieliśmy załatwić sprawy związane z pogrzebem. Odwołać ślub.

Co byś powiedziała osobom z cukrzycą, które zastanawiają się nad decyzją o przeszczepie?
Ż.G.: Muszę tu opisać coś bardzo ważnego dla mnie… dla nas.
W moim życiu Pan Bóg uczynił już wiele cudów i nie da się naszej historii opowiedzieć pomijając Boga. Kiedy się poznaliśmy, ja byłam wierząca, Tomek nie za bardzo. Ale miał bardzo dobre i piękne serce i się nawrócił. Cały czas modliłam się, żeby Pan uzdrowił jego ciało, ale przede wszystkim duszę. Przygotowywaliśmy się do ślubu i dalszego wspólnego życia, żyliśmy w czystości, pokonywaliśmy nasze słabości, dużo rozmawialiśmy, ja się głównie modliłam, Tomek stopniowo się włączał. Bardzo chcieliśmy mieć dzieci. Kochaliśmy góry. Mieliśmy wspólne marzenia. To wszystko sprawiło, że było nam łatwiej przejść przez to, co nas spotkało, ale też trudniej było mi zrozumieć, że musieliśmy się rozstać, bo wiem, że łączyła nas prawdziwa miłość, taka która nawet jest w stanie pokonać śmierć… I tylko świadomość życia wiecznego pozwoliła mi przeżyć nasze rozstanie. Prosiłam Jezusa o znak, że Tomek jest w niebie i dostałam go kilka razy. Dlatego wszystkim, którzy zastanawiają się nad przeszczepem powiedziałabym, żeby się jeszcze raz zastanowili, zadecydowali świadomie, my tej możliwości nie mieliśmy. I przede wszystkim pytali Boga. A jeżeli ktoś zdecyduje się mimo wszystko na przeszczep, bo podobno się też udają, to niech najpierw zadba o swoją duszę i zawierzy Bogu. Uważałam i teraz tym bardziej jestem o tym przekonana, że lepiej stracić wzrok lub nogę, ale żyć. Teraz wiem, że nawet po udanym przeszczepie są powikłania, wg mnie zamienia się tylko jedną chorobę na inną, mniej lub bardziej uciążliwą. Cieszę się, że Tomek ocalił duszę, jest zdrowy i szczęśliwy, a ja wiem, że Bóg jest dobry i Mu ufam. A dlaczego tak się stało dowiem się najpóźniej po śmierci.

Anna Michnikowska

 

Tags

You may also like...

3 thoughts on “Przeszczep jako metoda leczenia cukrzycy typu 1: Tomek – Ciemne strony przeszczepu trzustki”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *