Najważniejsza w życiu jest prawda

W wieku kilkunastu lat chciał być sportowcem, ale cukrzyca zdiagnozowana w 1981 r. przekreśliła te plany. Potem marzył o zostaniu wirtuozem… kontrabasu.

Jak sam mówi, na szczęście w porę się zorientował, że nic z tego nie wyjdzie. Z kontrabasem się jednak nie pożegnał. Rozmawiamy z Jackiem Sadowskim, basistą i kontrabasistą zespołu Leszcze.

Z czym się Panu kojarzy cukrzyca?
Jacek Sadowski: Do pewnego momentu potrafiłem sobie wyobrazić życie bez cukrzycy, nawet o tym śniłem. Jeszcze 10 lat temu miałem takie sny, że się budzę i nie mam cukrzycy. Wyobrażałem sobie ten stan. Natomiast teraz nie jest to dla mnie w ogóle do pomyślenia. Absolutnie nie potrafię sobie wyobrazić życia bez cukrzycy. Z perspektywy 32 lat choroby wydaje mi się, że to bardzo ważny etap w życiu cukrzyka, bo życie z cukrzycą można podzielić na kolejne etapy, na razie pominę te pierwsze, a powiem o ostatnim. Ostatni, ten który przeżywam, roboczo nazywam wkomponowaniem. Moja choroba zajęła swoje miejsce w moim życiu, jest dyskretnie obecna, akceptowana i przez to mogę żyć z nią i ze sobą w zgodzie. Ludzie mają różne defekty lub – ujmując to bardziej elegancko – każdy ma jakąś urodę. Ja mam cukrzycę.

A jakie były wcześniejsze etapy?
J.S.: Pierwszy etap to żałoba. Musiałem pochować Jacka Sadowskiego, którym byłem do momentu zachorowania. Trzeba się pożegnać z tą osobą. Ona już nigdy nie wróci w takim kształcie – coś z niej oczywiście w nas zostaje, ale z pewnymi marzeniami trzeba się pożegnać.

Czym różnił się zdrowy Jacek Sadowski od tego po diagnozie?
J.S.: Zachorowałem w 1981 r., gdy leczenie było bardzo prymitywne. Zanim to się stało, uprawiałem różne sporty: siatkówkę, kolarstwo, judo. Z moim temperamentem, usposobieniem i możliwościami fizycznymi traktowałem sport bardzo poważnie. Choroba w tym kontekście, przy ówczesnych metodach leczenia, była jak wyrok. Marzenia o sporcie prysły jak bańka.

Był Pan po prostu dobry.
J.S.: (chwila milczenia) Chciałem. Czy byłem dobry? Nie wiem, ale na pewno bardzo chciałem. Z tym się musiałem pożegnać. To były inne czasy. Inne nastawienie lekarzy. Nie było w ogóle takiej specjalizacji jak diabetologia. Przy ówczesnej terapii sport był niemożliwy. Perspektywy nie były fajne, z wielu rzeczy musiałem zrezygnować.

Nie uprawia Pan żadnych sportów?
J.S.: Teraz? Oczywiście, że uprawiam, głównie dzięki postępowi w leczeniu i ciągłej edukacji. Najbliższe są mi te dyscypliny sportu, które są najbardziej wskazane przy cukrzycy: pływanie, rower, bieganie. Nie uprawiam sportów, które nie są dla mnie z powodu cukrzycy. Na przykład sporty walki. Mam pompę i proszę sobie wyobrazić, że ktoś uderzy we wkłucie, to prozaiczna rzecz, ale to mogą być kłopoty. Oczywiście, że można uprawiać nawet najbardziej ekstremalne dyscypliny, wszystko można (mówię to z przekąsem). Ale po co? Teraz są oczywiście większe możliwości niż w latach 80., gdy zdiagnozowano u mnie cukrzycę, ale to nieprawda, że diabetykom wszystko wolno.

A czego im nie wolno?
J.S.: Teoretycznie, matematycznie (w sensie przeliczania WW i WBT na jednostki ) można prawie wszystko, zgodnie z hasłem: „damy radę” (to zawołanie to wytrych, który pasuje wszędzie, czyli nigdzie). Ja się z tym nie zgadzam, ponieważ leczenie i jego cel, czyli dobrostan, to nie matematyka, chodzi w nim raczej o kompleksowe podejście do choroby, bo cukrzyca to skomplikowana, metaboliczna, „dożywotnia” choroba, w której na równi liczy się stan fizyczny pacjenta i jego psyche, a motorem całego procesu uzdrawiania jest odpowiednia motywacja. Taka definicja terapii cukrzycowej ułatwia zrozumienie naszych ograniczeń, bo nawet gdy teoretycznie coś można, to zawsze trzeba pytać o cel działania. Podam przykład sportowy, jeśli ma Pani 150 cm wzrostu (167 cm – przyp. red. :)) i ktoś Pani powie: „Wszystko Ci wolno”, uwierzy mi Pani?

A dlaczego nie?
J.S.: Wzrost, jak i inne parametry, jest ograniczeniem, w koszykówkę nigdy nie będzie Pani grała zawodowo. Rozumie Pani, o co chodzi? O uznanie własnych ograniczeń. Jeżeli chcemy dobrze leczyć cukrzycę, to trzeba być uczciwym. Jeśli nie będziemy mówić młodym ludziom o ich ograniczeniach, to zrobimy im krzywdę, która ociera się o granicę życia. Cukrzykom wszystkiego nie wolno!

A co z pozytywnym myśleniem? Z wiarą we własne możliwości?
J.S.: U Pani w magazynie był wywiad z dziewczyną, która ma przeszczepioną trzustkę.

Gosia Rudnik.
J.S.: Dziewczyna się świetnie prowadziła, była bardzo zdyscyplinowana, wszystko robiła na maksa i co? I nie mogła utrzymać glikemii blisko normy (bo pożegnajmy się z normą, sam jestem blisko normy i się z tego cieszę, i się tym chwalę, ale nadal jestem chory). Gosia ma osobnicze ograniczenia, jej organizm nie dawał się ustabilizować. Nie zmienia to faktu, że jestem pod dużym wrażeniem i przyznałbym jej medal. Ona mnie fascynuje jako człowiek, który mimo wszystko walczy i jest przykładem dojrzałego, pozytywnego myślenia. Nie jest sztuką być pięknym, młodym i bogatym, lecz radzić sobie w sytuacjach kryzysowych, umieć żyć z ograniczeniami.

Wróćmy do tych kolejnych etapów w życiu diabetyka. Mówił Pan o żałobie.
J.S.: W pewnym momencie zrozumiałem dwa słowa: nigdy i zawsze. Nigdy nie będę zdrowy i zawsze będę chory. Część siebie pochowałem. Pożegnałem się. Na tym etapie pojawia się pytanie: dlaczego ja? Potem przychodzi bunt; zapuszczamy się, wszystko robimy na przekór. Jemy słodycze, nie kontrolujemy cukru, to jest doświadczenie wielu chorych. W tej sytuacji chodzi o szybkie zakończenie tego śmiertelnie groźnego etapu. Później przychodzi etap prób. Człowiek musi sam próbować, co może, a czego nie może. Popełniamy wtedy sporo grzechów, mówimy przecież o młodym człowieku.

Jakie Pan popełniał grzechy?
J.S.: Wszystkie przeciwko cukrzycy, oprócz narkotyków. Narkotyki nigdy mnie nie kręciły. Ale przecież chodziłem do normalnych szkół, do ogólniaka, studiowałem na akademii, byłem normalnym młodym człowiekiem. I tego nie da się uniknąć, mówię to do rodziców, nie ominiemy tego z prostych powodów, bo albo się decydujemy, że kontrolujemy nasze dzieci do końca życia (I co to znaczy? Bo do końca czyjego życia?), albo pozwalamy, aby stały się samodzielne. Trzeba dziecko przekonać do tego, żeby znalazło motywację do leczenia i wzięło odpowiedzialność w swoje ręce. Dla mnie to była muzyka.

Jak to się stało, że się pojawiła w Pana życiu?
J.S.: To był normalny bunt nastolatka przeciw rodzicom. Moi rodzice są wykształceni technicznie. Mama była nauczycielką chemii, tata inżynierem mechanikiem. Też miałem być „ścisłym umysłem”. Z matmy nawet mi szło, szczególnie w podstawówce – owszem – jeździłem na olimpiady itd. Rodzice opracowali mi nawet ścieżkę kariery. Jak się wychowuje syna lub córkę, to się marzy, że w ślady pójdzie. W pewnym momencie pokazałem gest – tego w wywiadzie nie będzie widać – gest zwany gestem Kozakiewicza i znalazłem taką dziedzinę życia, na której oni się w ogóle nie znali.

Ale do muzyki trzeba mieć talent. Nie każdy od razu wydaje płytę.
J.S.: No, to jakoś się udało.

A co rodzice na to?
J.S.: O! Strasznie przeżywali. Najpierw była walka, jak w każdym domu. Bo oprócz cukrzycy, w domu było normalne życie. I to jest fajne. U nas nie było tak, że zachorowałem i nagle ołtarzyk postawili Jackowi i wszyscy się do niego modlili. O nie!

A dlaczego akurat kontrabas?
J.S.: Oj, to prosta sprawa. Późno zainteresowałem się muzyką, do tego miałem takie marzenie, że zostanę wirtuozem tego instrumentu. Mówię o klasycznym kontrabasie, bo mówimy o muzyce klasycznej. Byłem wariatem. W średniej szkole muzycznej wstawałem o 4.30, żeby z paniami sprzątaczkami o 6 pojawić się w szkole. Wychodziłem o 22. Pracowałem, byłem przekonany, że się uda. I tu wrócę do hasła „wszystko można”. Nie można wszystkiego! Oczywiście miałem bardzo dobre oceny, ale one były okupione przeogromną pracą, a nie przeogromnym talentem. Na szczęście zorientowałem się, że nie jestem Paganinim i odpuściłem (śmiech). Uznałem swoje ograniczenie.

Z bycia wirtuozem kontrabasu Pan zrezygnował, co było dalej?
J.S.: Jeszcze w szkole średniej poznałem wielu fajnych chłopaków, w tym Macieja Łyszkiewicza, który założył zespół Leszcze. Tuż po studiach wpadł na pomysł, że założy zespół, a że się znaliśmy, to zaprosił między innymi mnie i Macieja Miecznikowskiego, też absolwenta Akademii Muzycznej w Gdańsku. I tak się zaczęło. W styczniu 2014 mamy premierę nowego projektu: „Kasia Pakosińska i Leszcze” z piosenką „Zabierz moje sukienki” i przy okazji zapraszamy wszystkich do udziału w naszym klipie (o szczegółach na www.leszcze.com).

Jak Pan zareagował na popularność zespołu, czy zaskoczyło to Pana?
J.S.: Jako muzycy zawodowi chcieliśmy żyć z naszej profesji, zarabiać pieniądze. Osiągnięcie tego celu jest możliwe tylko pod jednym warunkiem, a mianowicie trzeba zdobyć popularność i osiągnąć (cokolwiek to znaczy) sukces. Długofalowe, skuteczne działanie (podobnie jak w chorobie) jest możliwe w oparciu o prawdę i szczerość wobec siebie. Jaka jest prawda o zespole Leszcze? Nasz wokalista Maciej jest bardzo żartobliwym, fajnym, miłym facetem i wokół tego budowaliśmy muzykę. To jest kawałek prawdy o nas. Jak się wychodzi na scenę i jest się szczerym, nie świruje się, to ludzie to kupują.
Prawda to podstawa każdego zawodu, a już szczególnie artystycznego. Jeszcze bardziej prawdziwy jest sport. Mamy 100 metrów do przebiegnięcia. I jaka jest prawda? Wygra najszybszy.

Czyli jeśli nie jestem najszybszy, to się nie nadaję do biegania?
J.S.: Jak mówiłem, sam biegam i proszę mi uwierzyć, nie jestem najszybszy (śmiech), ale ja w bieganiu jestem amatorem. Sytuacja miałaby się zupełnie inaczej, gdybym chciał być zawodowcem. Musiałbym szczerze zdefiniować swoje mocne i słabe strony, i znaleźć ten kawałek prawdy o sobie. Bo jeśli postawimy na prawdę, postawimy na nasze mocne strony to mamy szansę na fajne, harmonijne życie. Gdybym w porę się nie opamiętał z tą chęcią zostania wirtuozem kontrabasu, to bym się zaorał.

Czy wierzy Pan, że da się całkowicie wyleczyć cukrzycę?
J.S.: Ta myśl mnie absolutnie nie zajmuje. Zajmowała kiedyś, budziła ogromne nadzieje i…rozczarowania. Była przedmiotem moich marzeń. Tęskniłem do tego. I to ma związek z tymi etapami, o których mówiliśmy na początku. Nie wierzyłem, że jestem chory, czekałem, aż to minie. Przychodziłem do lekarza i pytałem: Panie doktorze, wymyślili coś? Teraz nie zajmuję się tym problemem, z jednego powodu – nie mam na to żadnego wpływu. Cudownym moim odkryciem w życiu jest to, że są rzeczy i sytuacje, takie jak stan zdrowia, zdolności, które z definicji są ograniczające, wyznaczają mój horyzont i zakreślają pole działania, wprowadzają spokój i pozwalają odpowiedzieć na pytanie, kim jestem, ale również stwierdzić, kim nie chcę lub nie mogę być. W tym kontekście powiem Pani, że nie cierpię, gdy ktoś mówi: Będzie dobrze. Co to w ogóle znaczy? Albo jeszcze lepsze jest pytanie dziennikarzy. Niech mi Pani je zada.

???
J.S.: Udajmy, że Pani mi je zadała: „Czy można normalnie żyć z cukrzycą?”.

Co to znaczy „normalnie”?
J.S.: No właśnie! I to jest prawidłowy tok myślenia. Jak ja to słyszę, to mną wstrząsa. Najbardziej zasłużeni dla świata są ludzie, którzy byli poza normą. Co to jest norma? 3600 zł na rękę?

***
J.S.: Nic z tego wywiadu nie będzie. Mówię Pani.

Dlaczego?
J.S.: Bo ja to tak od dygresji do dygresji. To dla mnie charakterystyczne. Nic z tego nie będzie. Ja tak mogę bez końca. Stron Pani zabraknie.

Spokojnie jeszcze trochę zostało. W razie czego mamy kolejny numer! 🙂
Rozmawiała Anna Michnikowska

Tags

You may also like...

0 thoughts on “Najważniejsza w życiu jest prawda”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Szugarfrik cukrzyca

Cukrzyca – słowo budzące niepokój nawet u tych, którzy nie mieli z nią bezpośredniej styczności. To choroba, która dotyka prawie 3 miliony Polaków z czego część nawet nie wie, że choruje. Jak z nią walczyć? Czy prowadzenie dotychczasowego życia z cukrzycą jest możliwe? I w końcu – jaka dieta jest wskazana dla wszystkich, którzy muszą zmagać się z chorobą?

Na wszystkie te pytania jest odpowiedź i znajdziesz ją właśnie u nas! Stworzyliśmy portal oraz magazyn, które są prawdziwymi kompendiami wiedzy nie tylko dla diabetyków (zarówno tych którzy chorują na najbardziej powszechną cukrzycę typu 2, typu 1, jak i dla tych z innymi typami) , ale również ich rodzin, lekarzy, edukatorów oraz wszystkich innych osób, które chcą znaleźć wartościowe informacje w sprawdzonym miejscu!

Szugarfrik – wiedza i nie tylko
Naszą misją jest przede wszystkim przekazywanie wiedzy dotyczącej choroby, jaką jest cukrzyca, jej objawów i powikłań, sposobów radzenia sobie z nią i nie tylko. Pokazujemy najlepsze diety, wskazujemy najnowsze osiągnięcia medycyny i dostarczamy świeże aktualności, które z pewnością zainteresują wszystkich diabetyków.

Jednak wiedza to nie wszystko – zadbamy również o dobry humor każdego kto odwiedzi naszą stronę albo otworzy magazyn, opowiemy historie innych diabetyków – zarówno tych znanych, jak i zupełne zwyczajnych, a także porozmawiamy o sporcie czy kulturze. Oczywiście ważnym miejscem w naszym magazynie jest rubryka, której tematyką jest dieta osób zmagających się z cukrzycą – dzięki niej dowiecie się jak przygotowywać dania, które będą nie tylko zdrowe, ale też smaczne. Jednym słowem – wszystko w jednym miejscu!

Na stronie znajdziesz nie tylko nowinki, ale również cofniesz się do informacji sprzed jakiegoś czasu – wszystko dzięki naszemu bogatemu archiwum!

Dlaczego warto nas czytać?
Przede wszystkim z powodu naszej dużej wiedzy oraz chęci przekazywania wyłącznie sprawdzonych i w stu procentach wartościowych informacji. Jesteśmy pozytywnymi ludźmi i dlatego chcemy zaszczepiać w Czytelnikach pozytywną energię, jednocześnie informując o tym, co ważne. Posiadamy wiele lat doświadczenia w tej dziedzinie, cukrzyca nie ma przed nami tajemnic i jesteśmy przekonani, że nie jest końcem świata – o tym chcemy przekonywać diabetyków na każdym kroku.

Bo cukrzyca jest chorobą, z którą można spokojnie żyć ciesząc się pełnią życia, mimo że odpowiednia dieta jest ważnym elementem leczenia (w cukrzycy typu 2) i samokontroli. Wystarczy ją poznać, znaleźć własne sposoby na radzenie sobie z ograniczeniami, jakie narzuca i nie myśleć o cukrzycy jako o czymś, co zakłóca codzienność.